BOGATKA3-001

Kokosowy karmnik i obserwatorium ornitologiczne

Założyłem je sobie na balkonie. Przyznaję od razu, że nie jestem majsterklepką, więc sporządzenie karmnika, ale takiego z prawdziwego zdarzenia, było niejakim problemem. Nie jest to takie proste nie tylko z powodu mych skąpych umiejętności stolarskich.

Zależało mi bowiem na karmieniu sikorek i wróbli, oraz innych mniejszych ptaków, ale w ten sposób, aby większa i silniejsza od nich konkurencja (w „osobach” gołębi, gawronów, wron siwych, srok, sójek i kawek) nie wyjadała im pokarmu. Klasyczna budka, taka otwarta na przestrzał ze wszystkich stron, stoi przed nimi otworem. Z kolei zwykłe sypanie ziarna tu i ówdzie oraz wieszanie różnych kulek też nie zdawało egzaminu. Zwłaszcza przy polskiej zimie, która bardzo często poza mrozem i śniegiem oferuje też deszcz i wilgoć. Pokarm zamoknięty, przysypany błotem śniegowym, jest dla ptaków niedostępny i zaraz gnije.

Dzwoniec
Dzwoniec – zdjęcie Arkadiusz Szaraniec

Posłużyłem się więc kokosami, które „rosną” w dużych ilościach w polskich supermarketach. Są tanie i dosłownie w ciągu kilku minut można z każdego orzecha sprokurować wiszący karmniczek. Bujająca się kulka jest niedostępna nie tylko dla kotów. Nie siądzie na niej żaden większy ptak, nawet arcysprytna sroka. Jest na to po prostu za duża. W dodatku ziarno (moje stado preferuje łuskany słonecznik, bardzo smaczny i kaloryczny) jest doskonale zabezpieczone nawet przed silnym wiatrem, a także najbardziej zacinającym deszczem i gęsto sypiącym śniegiem.

No, ale jak z twardego orzecha kokosowego zrobić karmnik, a potem go zawiesić? Bardzo prosto, natura stoi po naszej stronie. Każdy orzech kiedyś rósł sobie na palmie. Na jednym końcu zostały mu trzy plamki. W tym miejscu nie ma twardej, grubej skorupy, tylko bardzo cienka „blaszka”. Wystarczy ją przebić nożem z ostrym wierzchołkiem lub śrubokrętem (krzyżakowy jest najlepszy). Wycieknie przezroczysty płyn – nie ma co liczyć na pyszne „mleczko”, tak wspaniale gaszące pragnienie w tropikach (o czym wie każdy czytelnik książek podróżniczych). No, ale to dzięki temu marzeniu z dzieciństwa – czytelnika wspomnień Thora Heyerdhala o wyprawie Kon-Tiki wpadłem na pomysł wykorzystania orzecha kokosowego do zupełnie innych celów. (Chociaż konia z rzędem temu, kto wskaże choć jedno praktyczne zastosowanie tych orzechów zalegających w supermarketach).

Do dalszej obróbki kokosa wystarczy zwykły, kuchenny nóż lub cienki brzeszczot piłki ręcznej. Nacinamy „brzuch” kokosa, najlepiej na samym „równiku”. Otworki zostawiamy na górze – posłużą za wieszak. Po dwu-trzycentymetrowym nacięciu nóż (lub brzeszczot) można pionowo, jakby sztychem, wbić w orzech, bo dalsze cięcie skorupy będzie wtedy łatwiejsze. Wycinamy połówkę jej górnej półkuli, ale trzeba uważać, aby się nie pozbyć owych dziurek. Nawiercanie nowych wymagałoby stosowania wiertarki, a skorupa jest zadziwiająco spoista i śliska.

Po wycięciu dużego fragmentu widzimy gruba, białą warstwę, wyściełającą orzech przy samej skorupie. To są owe wiórki kokosowe w swej pierwotnej postaci. Mocno przylegają do podłoża. Ale po co się męczyć. Zostawiamy orzech do wyschnięcia, najlepiej na gorącym kaloryferze. Po jakimś czasie warstwy wiórkowe „same” odejdą, usunięcie jest wtedy bardzo łatwe. (Na brytyjskich portalach internetowych widziałem zdjęcia karmników, w jakich są wykładane połówki przeciętych kokosów – tamtejsze sikorki zajadają je jak inne orzechy, ale nasze bogatki, ani sikory ubogie, ani tym bardziej modraszki i sosnówki nie gustują w tym egzotycznym smakołyku).

Kurczące się warstwy niedoszłych wiórków wystarczy lekko podważyć – zostaje tylko goła skorupa. W ten sposób mamy suchy, twardy, idealnie równy w środku karmniczek, maksymalnie odporny na upływ czasu i wszelkie zmiany atmosferyczne, a w dodatku z gotowymi dziurkami na prosty wieszaczek, aby go zawiesić w dowolnym miejscu.

Na takie zawieszenie wystarczy metr-półtora cienkiego, acz mocnego sznurka (ale na tyle grubego, aby sikorki mogły się na nim łatwo zawieszać, czekając na swoją kolejkę). No i jakikolwiek wystający punkt – gałązka lub pręt od skrzynki na balkonie. W zależności od tego miejsca trzeba też dobrać sposób zawieszania.

Zdjęcia: Arkadiusz Szaraniec

Uwaga, na grubym sznurze lub kablu łatwo przysiądzie ta  grubsza skrzydlata konkurencja i splądruje w ciągu 3 minut to, co chmarze sikorek wystarczy na cały dzień. Zbyt cienkie wieszadło byle sroka zerwie lub też przetnie kilkoma dziobnięciami. Z kolei zbyt krótkie spowoduje, że większy ptak łatwo sięgnie z gałęzi do środka karmnika. Trudno uwierzyć jak przemyślny i zdeterminowany jest zwyczajny gawron, jeśli postanawia dobrać się do jedzenia. (Sam często widzę jak tłuką orzechy włoskie, spuszczając je na twardy asfalt w locie „koszącym”. ) Cyrkowy iście szpagat na pionowo wiszącym szpagacie to dla niego betka. Musi to być naprawdę mocna, szewska dratwa, albo solidny konopny sznurek – wszystkie są wystarczająco cienkie, a przy tym wytrzymałe.

Drut na pierwszy rzut oka może wydawać się najlepszy, ale zawsze kaleczy gałęzie drzew. W innych miejscach też rychło przegrywa z dratwą. Jest po prostu nienaturalnie zbyt sztywny – drgania wywołane wiatrem kumulują się na końcu, czyli na kokosie i jeśli jest w nim trochę więcej ziarna to na pewno się wysypie, także w momencie energicznego lądowania czy startu większego dzwońca lub wróbla. (Sikorki jako znacznie lżejsze są też lepszymi akrobatkami.) Najlepiej się wzorować na ergonomicznych, elastycznych rozwiązaniach, jakie ptaki stosują przy budowie swoich gniazd – niby takie delikatne, ale wytrzymują największe wichury. Gniazdo sporej synogarlicy to kilkanaście wątłych patyczków na krzyż, „byle jak” ułożonych na wiotkiej gałęzi, a zniosą wszystko i przetrwają nietknięte cały rok.

Tego rodzaju kokosowy karmniczek idealnie sprawdza się zarówno na balkonie, jak i na drzewie w parku czy ogrodzie. Nie wymaga żadnej konserwacji, a patyna czasu tylko dodaje mu uroku i kolorytu. Naturalna barwa i zapach nie odstraszają ptaków. Nie szkodzi im także mieszanina wszelkich tłustości z ziarnami, stają się tylko ciemniejsze i lepiej zaimpregnowane przeciwko wilgoci.

W moim obserwatorium na X piętrze stołują się przede wszystkim bogatki i ubogie, ledwie kilka sikorek modrych, małe stado krzepkich dzwońców oraz nieliczne wróble. Pierwsze pojawiają się skoro świt, ostatnie pożywiają się w sztucznym  świetle padającym z okna. Ostatnia sfruwa z placu najmniejsza modraszka, która kuje długo po zachodzie słońca. Widocznie nocuje gdzieś bardzo blisko. Sikorki najczęściej porywają zdobycz i kują zapamiętale, przysiadłszy na gzymsie lub specjalnie zostawionej skrzynce z zeschłymi kwiatami. Jeśli to robią na metalowej antabie, słyszalne drgania przechodzą na betonową ścianę. Dzwońce siadają i twardo okupują „koryto”. Nie dają się zgonić, „syczą” przy tym groźnie na okrążających ich rywali. A ciekawe, że tylko one umieją ziarno słonecznika wysupłać z cieniutkiej, przezroczystej błonki. Wielka bogatka chwyta w dziób jedno ziarno, mała sosnówka aż trzy! Bardzo też lubią orzechy laskowe i włoskie. Czasem zagląda drapieżna pustułka w poszukiwaniu żeru, ale wtedy wszyscy goście ze stołówki wieją, albo się chowają za skrzynki, lub w inne zakamarki. Ale zaraz wracają, zwłaszcza że mają tu stale świeży pokarm i – co czasem jest ważniejsze – wodę, która w okresie mrozów jest trudniej dostępna.

Hm…A może taki kokos zda egzamin jako budka lęgowa?…