Artur Szaraniec Kukułka [2]

Niełatwy żywot kukułki

Muszę się przyznać, że choć bardzo lubię (wcale już nie taki częsty) głos kukułki, to zawsze z mieszanymi uczuciami podchodziłem do samej autorki kukania. Świadomość, że tak niecnie i okrutnie wykorzystuje inne mniejsze ptaki napawała mnie uczuciem bezradnego buntu. Nie mogłem się pogodzić z faktem, że inne, niewyklute jeszcze pisklęta giną dla tego jednego podrzutka. Wiele razy oglądałem różne ujęcia i zdjęcia, jak ten wielki, gargantuiczny pasożyt – wykarmione po dziurki w dziobie pisklę kukułki siedzi sobie, na przykład na rozwalonym już gnieździe, albo już poza nim, a o wiele mniejsi „rodzice” ile tchu w piersiach i w ciągłym trzepocie, zapychają i zapychają bezustannie ten przepastny, żarłoczny dziób z czerwonym gardłem po prostu bez dna. I święte oburzenie wzbierało we mnie na taką jawną niesprawiedliwość. I niechby jakaś dorosła kukułka podeszła-podleciała mi wtedy pod rękę…

Aż obejrzałem „Rytmy natury” Artura Homana… I oto zobaczyłem z jak wielkim wysiłkiem gołe i ślepe kukułczę, zupełnie jak Syzyf, taszczy na drobniutkich ramionkach te konkurencyjne jajka na brzeg gniazda. I jak bardzo jest tym wyczerpane. Walczy o byt, inaczej nie przeżyje. Albo ono, albo cały lęg, bo dla wszystkich nie starczy pokarmu przyniesionego przez parę rodziców. Jak już wyrośnie i zanim nauczy się fruwać w każdym momencie może spaść z gniazda, a tam na dole albo woda, albo drapieżniki, które tylko czekają na taki tłusty i bezbronny kęs.

W sumie niełatwy jest żywot kukułki. Od tego dzieciństwa, aż po kres. Często on następuje bardzo wcześnie, bo podczas przelotów wiosną i jesienią. Wiele niebezpieczeństw czyha na kukułki, podobnie jak na inne migrujące ptaki. Jak już doleci musi się ostro zwijać, aby zdążyć z podrzuceniem swego jajka na lęgi (i sam szczyt owadobrania, bo młode kukułki dużo jedzą). Niełatwo teraz znaleźć takie ptasie zagłębie. I dobrego kandydata do nieświadomej adopcji. Ptaki pilnują gniazd. Nie umieją liczyć, ale każdy detal w ich wyglądzie budzi czujność. Podobno dla obrony przed kukułkami te mniejsze gatunki, najbardziej narażone na podrzucenie wrażego depozytu, zaczęły nagle zmieniać „design” jajek – wprowadzać inne niż dotychczas wzory kropek, wielkość, rozmieszczenie na skorupkach itd. Ta moda od razu obudziła paralelny trend wzornictwa u kukułek – natychmiast zaczęły stosować owe najnowsze wzory. Ten wyścig zbrojeń trwa, a ile zjada nerwów. I jak one – i kukułki, i ptasi „adopciarze” to robią? Wywiad jakiś mają, czy co? Wielka kukułka znosi o wiele mniejsze proporcjonalnie jajo – ale w jakim stresie.

Zaiste niełatwe jest życie kukułki. Ciągłe wyzwania, żywot „na krawędzi”, cały czas w ukryciu. Musi być skryta, tyle ma z tego życia, że sobie choć trochę pokuka. Właśnie, czy to nie jest jakaś sprzeczność logiczna, wręcz ewolucyjna, że kukułka najpierw ogłasza całemu światu, trąbi wokoło na całe gardło, że „Oto jestem to ja KU KU KU KU -ŁKA”, aż echo niesie, wszyscy wiedzą i słyszą ten zew, a potem po kryjomu, cichcem, w głębokiej konspiracji spełnia misję życia? Kiedy wie, że trzeba przestać?

Oglądałem z bliska młodą kukułkę – w azylu u Janusza Wróblewskego pod Chęcinami. Sam miałem ochotę zapychać co sił ten żarłoczny, wiecznie otwarty dziób, bo kolor gardła – karminowoczerwony prowokuje do tego na poziomie komórkowym. Pisklak żarł ile sił, rósł jak na drożdżach – podziwiałem umaszczenie piór, oczy, rosnącą skalę apetytu, jego tak charakterystyczną dla kukułek budowę łap. Piękna „konstrukcja” pod każdym względem. Jakże użyteczna. Pod kątem skuteczności życia w naturze – zmuszenia „rodziców” do wykarmienia, potem ukrycia się wedle zasad mimikry. No, ale co potem? Jak młoda kukułka w końcu sama daje sobie radę, na co poluje, jak się tego uczy i wreszcie to najważniejsze – jak rozpoznaje swoich pobratymców, SWÓJ GATUNEK – skoro wdrukowane w oko i w pamięć ma sylwetki i umaszczenie zupełnie innych karlików-przybranych czy raczej narzuconych rodziców?

Artur Szaraniec Kukułka [3]

W tym roku, podczas jakże zmiennego lata z „lipcopadem” pośrodku, miałem okazję obserwować kukułkę. To słowo na wyrost – obserwować. Po prostu wiele razy słyszałem samo natrętnie głośne i regularne kukanie. Zawsze w bliskiej okolicy sporego siedliska, malowniczo położonego wśród mazowieckich pól, do którego wpadałem na dzień-dwa, albo i dłużej. Jak nie z jednej strony, to z drugiej, bo stanowisk do kukania niebrakowało. Sporo tam jest wysokich drzew, gęstych zagajników, trwa tam jeszcze prawdziwy mazowiecki tradycyjny rolniczy krajobraz z rosochatymi wierzbami przy drogach. Po polach ganiają zające i podfruwają kuropatwy oraz przepiórki, zaraz za płotem nad ciekiem wodnym gnieżdżą się słowiki, w szczytach drzew gwiżdżą wilgi, a wszędzie gdzie się da, wokoło chaty, w gęstych krzewach występuje cała plejada ptasiego śpiewającego drobiazgu. Raj dla kukułki. Pomyliłem ją najpierw z krogulcem – ta sylwetka, lot…Sporo tam drapoli, bo od zawsze nad pastwiskami i przy ścianie lasu krążą myszołowy, nad łanami zbóż i nad ścierniskami polują błotniaki, jastrząb co i rusz dopada a to gołębia, a to synogarlicę. Dramaty i seriale non-fiction z życia wyższych skrzydlatych sfer. W rytmie wschodów-zachodów, pod takt regularnego kukułczego wykukiwania małżonków na chybcika.

Raz na poły widziałem, a raczej słyszałem ich rendez-vous. Z dawien dawna umawiane – wykukiwane tego dnia od samego rana. Samiec kukułka doleciał do wysokiej topoli (a przedtem, jeśli go widywałem przez chwilę, to nigdy na otwartej przestrzeni, tylko jak migał mi w prześwicie między jedną gęstą chmurą zieleni a drugą). Kiedy już dolatywał do brzegu korony, to tam ze środka wybiegł mu na spotkanie godowy głęboki chichot-rechot samicy. Potem zaległa cisza.
Ale największa niespodzianka spotkała mnie którejś NOCY. Dach domu jest kryty gontem, więc nie hamuje dźwięków. Nie spałem, częściej drzemałem, na pół-jawie, na poły lub mniej nawet we śnie.

Kukułka w ciągu dnia to normalka, ale nigdy jeszcze nie słyszałem jej w ciemnościach nocy. W dodatku w dziennym świetle produkowała się zawsze dość daleko od siedliska, jakby napawając się echem, przestrzenią, robiąc różnej długości przerwy i zmieniając dość często punkt kukania. Pewnie w ten sposób pan kukułek zaznaczał swoje terytorium i wabił panie kukułki.
Tym razem siedział na gałęziach tuż nad dachem, kilka metrów nad moją głową, w jednym miejscu i kukał głośno, długo i NIEZWYKLE REGULARNIE, o wiele bardziej rytmicznie, jakby MECHANICZNIE niż za dnia. Nie przestawał nawet o północy. Robił tylko krótkie przerwy i zaczynał znowu kukać. Ten dźwięk, jakoś dziwnie nienaturalny (choć przecież ptasi), natrętny i równy brzmiał złowróżbnie. Jakby coś wywoływał. Przypomniały mi się nagle dawno temu gdzieś przeczytane opowieści z mitologii starożytnych plemion germańskich, które kukułkę uważały za ptaka nocy. Dopiero teraz zrozumiałem tę wzmiankę. Tak, wzmiankę w antycznej kronice, zapisaną ręką wieki temu umarłego człowieka – ale nieżywą kukułkę.

Rano pan kukułek jak zwykle okupywał swoje poprzednie posterunki, hen, gdzieś daleko na wysokich drzewach. Nie wiem o co mu chodziło. Na pewno miał na widoku tylko swoje kukułcze sprawy. Ciekaw jestem czy w przyszłym roku znowu się pojawi?

Zdjęcia: Artur Szaraniec