Piotr Konczak 1024

Piotr Konczak – Przebudzenie

„Romkowi – za odwalenie kamienia”

Wiersze moje z dzieciństwa, gdzieście niebogi?
Czyście wszystkie umarły, czy zmyliły drogi?
Nie umarły, jeno zadrzemały
jako ci rycerze pod Czantorią.
I przyszedł jeden taki i je obudził.
A one zapytały: Czy już czas?
A on powiedział: Czas.
Więc wstały i poszły do ludzi.

„Wiersze moje” w wykonaniu zespołu ”Cztery Pory Miłowania”

Wiersze z szuflady

P.Konczak Przebudzenie
DNI

kiedy dzień boli
jak zerwana struna
skrzypiec
chciałbym mieć
twoje wyspy
szczęśliwe
cichy zakątek
twoich myśli
ulotnych

WIERSZ DLA ZAKOCHANYCH

Ach, gdyby się zdarzyło,
to o czym każde skrycie marzy:
przejść znowu się przez życie,
zajrzeć do starych kalendarzy.

Do kalendarzy naszych wiosen…
W pożółkłe karty spotkań naszych…
Raz jeszcze razem się zamyślić…
I byle czego się wystraszyć…

Ach, gdyby się zdarzyło…
Lecz nigdy się nie zdarzy
i dach, pod którym się spotkamy,
nie będzie nigdy dachem naszym.

*** (chlebie powszedni…)

chlebie powszedni
o który modlą
się od tysiącleci
pokolenia mieszków
kolumbów
współczesnych
czy ktokolwiek może
cię dać
przecie dopiero
zdobyty
wywalczony
wyorany
wykuty
masz smak
aromat barwę

módlmy się

pracę nam daj
tobą owocującą
pracę znojną
abyś sól
kroplistą z nas
zebrał w swoim
smaku
i słońce nad nami
niech przy pracy
świeci jasno
aby zaczyn
zamieszać promieniem
dla barwy
i spożywać ciebie
daj nam
w pokoju

ECCE HOMO

w klatce wyobraźni
zamknięte
odwróceniem ślepych
źrenic
ego
czy bardziej jestem
zabity
w rozdeptanej mrówce
czy w umierających
w tej minucie
tysiącach
utuczony informacyjną
papką
wiem co czarne
białe
lepiej od papugi
wygłaszam mowy
obrończe
oskarżycielskie
politykuję ostrożnie
wiem kiedy być
za – przeciw
wstrzymuję się

ŻEGLUJĘ

żegluję po morzu bezbrzeżnym
nieznanym nieogarnionym
wzrokiem opartym o widnokres
szukam portu spokojnego

mgły bezsensu i sprzeczności
przelewają się po mym oceanie
i choć wiem że brzegu nie ma
wciąż go wyglądam w dali

SAMOKRYTYKA

Kiedy na krańcach
Bujnej wyobraźni,
Iskra wrażenia
Płomień wznieci,
Wtedy gdzieś w kącie
Swojej jaźni
Czuję jak wiersz powstaje,
Który upadnie zanim wzleci.

Bo na co komu
Wiersze moje?
Kochanki tylko na nich
Się poznały…
A może nawet one -
Przez kaprys jakiś -
Zachwyt nad nimi
Jeno udawały.
Drukować moich wierszy
Nikomu się nie opłaciło.
Nikomu też przez myśl
Nie przeszło,
Ileż bezsennych nocy
Na wiersze moje
Się złożyło.

Ja wiem, że wiersz ten
To zwykła, podła, niska,
Grosza niewarta,
Nędzna grafomania.
Lecz chciałem go napisać,
Nie bacząc na zawistne
Krzyki i wyzwiska.

Bo choć w „twórczości” mej
(Na szczęście)
Żaden się człowiek
Nie wytarza -
I żaden uczeń za zadanie
Nie będzie miał
Rozbioru moich wrażeń
To kontent jestem.

Szczęście, jak gaz w balonie,
Tak we mnie siedzi.
I tak jak jego
Mnie rozdyma,
Bo moje wiersze tak naiwne,
Iż głos krytyki ich nie wstrzyma.

 

Impresje nieoswojone

NOC

Zamykam oczy i po
lepszej stronie powiek
chcę prześlizgnąć się
do poranka.
Ból, którym dobry Bóg
zapewnia o swej miłości
i całe moje życie
zredukowane do 14 cali ekranu.
I może jeszcze ten
kosmyk na szyi siostry
„Cii… Noc jest…
Trzeba spać.”

RANEK

dzień na mszę dzwonami idzie
złotą stebnówką chmury zdobi
horyzont kształtów znów nabiera
i coraz lepiej widać
jak daleko mi do tamtej góry

 

*** (Świat skrótów i wywieszek…)

Świat skrótów i wywieszek,
metek, indeksów, paragonów,
gdzie wszystko ma swój numer:
i bicie serc, i bicie dzwonów.

A ja dzień za dniem słyszę
dla traw zielonych podzwonne.
Hej, ostatnie trawy -
schrońcie się do mnie!

Schrońcie się do mej chaty,
otoczcie ją jak częstokół,
a wśród was niech zamieszka,
choć jeden, malutki krokus.

I nie pozwólcie na to nigdy,
bym musiał korzystać z telefonu,
gdy zechcę znów usłyszeć
czy bicie serc, czy bicie dzwonów.

 

MIKROKOSMOS

75 kroków wiary
75 kroków nadziei
75 kroków miłości
dalej są drzwi.

 

*** (Czemu w kościoła czterech ścianach…)

Czemu w kościoła czterech ścianach,
W gościnnych progach domu Pana,
Tak mało Ducha widzę,
Tak trudno jest mi dostrzec Boga?
Dlatego wielbię Go w świątyni
Innej niż dzieła ludzkich rąk,
W świątyni dnia każdego,
Wśród lasów, pól i łąk.
Tu prawość i uczciwość głoszą
Z wieczora czy też z rana
I nikt mi tutaj nie odmienia
Żadnego z gestów mego Pana.

 

ŻYCIE SZPITALNE

Dziś życie szpitalne
Dżdżyste i wietrzne
Sterylnie czyste
Unormowane
Mocz pomierzony
Emocje w pigułkach
Lub iniekcjach.

 

BURZA – szkic do pejzażu

chmury w ucieczce na wschód
drzewa w przedwymarszu nerwie
góry deszczem w doliny zbiegłe
i wiatr z pejczem gromu w dłoni

*** (moja choroba już nie boli…)

moja choroba już nie boli
mógłbym ją nawet polubić
jednak oddziela mnie od wszystkiego
gdzieś tam buki wyniosłe
i sosny strzeliste
bazylika przyrody
a ja tutaj z modlitwą
nie pasującą do miejsca
w dżungli technologii
pośród lian kroplówek
lękam się utraty wiary
w prostotę buka i sosny

 

MIGOTANIE PRZEDSIONKÓW

lekarze mówią „fibrillatio atriorum”
a dla mnie to dzwonek przed
ostatnim aktem
po foyer snują się znudzeni
widzowie za kulisami aktorzy
piją herbatę i już umawiają
się na spotkania po spektaklu
zostanie może w ich pamięci
jakaś anegdota czyjaś wpadka
widzowie cóż będą wygłaszać
bufoniaste zdania o pewnych
nutkach egzystencjalizmu
inni pochwalą grę aktorów
większość przyzna że nic odkrywczego
autor nie zawarł w tekście
a reżyser nie pokusił się
o ciekawą interpretację
generalnie to była
nudna sztuka jak wiele

 

KONIEC LATA

z każdą godziną zbliżam się
do końca lata
jeszcze je widzę za oknem
czuję jego zapachy

daniela mówi
„wczoraj widziałam dojrzałe kasztany”
tak chciałbym pobiec
i sprawdzić to w parku

ale dla mnie parkiem
jeszcze długo pozostanie
to łóżko i świat
za moim oknem
Wigilia

W świetle choinki
ołówek zapisuje cienie słów.
Przypominamy sobie na kilka godzin
Wiarę, Nadzieję, Miłość.

Czekamy aż zwierzęta
przemówią ludzkim głosem.
Kiedy doczekamy się,
że człowiek zrozumie człowieka?

Eli, Eli, lama sabachtani
zamiast się narodzić?
Krótkie chwile gdy dzielimy
się ze wszystkimi
a nic nas nie dzieli.

 

miasto

leżę dwa piętra ponad jękiem nocnych tramwajów
otoczony tłumem spierających się Otellów i Desdemon z wielkiej płyty
w rzeczywistości odmierzanej krwistymi błyskami neonu

miasto przygniotło mnie wypełniło płuca stęchlizną bram
wcisnęło hałasem pod czaszkę
studnie podwórek nie zwilżyły ust

czas zatoczył koło

 

 

  • Jenny

    Piotrze..jesteś Wielki.