bukowe_2

Roman Zielonka – Słowa płochliwe

słowa płochliwe

DO BIESZCZADZKIEGO ARTYSTY

Wziąłeś w depozyt boski dar
i chociaż co dzień wątpisz
w swojej wiary siłę
wzruszeń kropelki zbierasz w dzban
by świat obdzielać
galilejskim winem
Drżysz z lęku
trwogi
drżysz z radości
spokój za talent zastawiłeś
twoją nagrodą worek niepewności
nikła nadzieja na ślad
że tu byłeś
Lecz sam wybrałeś!
Więc dzisiaj módl się
najszczerzej jak potrafisz
pędzlem gitarą dłutem piórem
za ciepły od połonin wiatr
strumienia przenajczystszy szum

- za naturę
Wciąż śpiewaj o tym cudzie psalm
a może wstrzymasz lawinę kamieni
zdołasz przebłagać
ludzi Boga czas
by ustrzec nasz największy skarb

- trwanie oblicza ziemi Twej

Tej Ziemi!

 ***************

SEN O LESIE

Dzisiejszej nocy śniła mi się rzeka
niosąca w miejsce wody czysty szlam kloaczy,
a wierzchem – plam tęczowych płynął tłusty zaczyn
na które wir łapczywy za zakrętem czekał.

Dzisiejszej nocy przyśnił mi się las -
kikutów drzew bezlistnych obraz bezlitosny.
Szpony konarów próżno błagające wiosny,
gdy pyłem osiadł spopielały czas.

I wzgórza z których magmą potoki spływały,
i echo zapętlone, i skowyt oszalały,
i istot nieodgadłych bielejące kości…

Sen prysł. Z poduszki mokrej głowę poderwałem.
Zanim przełknąłem strachu watę – już wiedziałem:
Tak Bóg, natury katom, piekło mości!

****************

KOLĘDA DLA KOLĘDY

Z buków splątanych w przymusie trwania
pod połoniną
Z ubogich sośnin piaszczystych Kurpi
słowa popłyną
Lulajże Jezuniu…

Nadziei drzewko świętnie przybrane
w kąciku stanie
W szczerym wzruszeniu głos i opłatek
znowu się złamie
… lulajże lulaj …

Bieszczadzkie błoto kurpiowskie piachy
śnieg skryje biały
Że pod nim troski – nucąc kolędę
nie pamiętamy
… a Ty Go Matulu …

Czas obojętnie w próchno zamieni
buk to czy sosna
W chwilę czarowną Ty nas Kolędo
w trwodze nie zostaw
… w płaczu utulaj.

*******************

Bartkowi

MODLITWA 25 WRZEŚNIA 2004

Potrafisz razić gromem
na oślep
wpół oddechu
wpół żartu
wpół słowa

Co rusz szafujesz łaską
zwątpienia
dzieląc cierpienia
od nowa

Nie mnie Cię sądzić
gdym sam w kolejce
po Twój wyrok
i drżę
czy zdążę jeszcze
w stronę właściwą
zrobić
właściwy krok

Lecz wybacz
że dzisiaj
nie prośbą pokorną
w kościele
a w lesie wyciem
błagam Cię
o nadzieję

************************

pamięci Wiktora Wermińskiego – przyjaciela

PRÓBA WYJAŚNIENIA PRZYPADKU WIKTORA NA KRYMIE

Zagapił się
rozdziawił gębę w cielęcym zachwycie
zachłysną się błękitem nieba
w wodzie
oczy zalała mu piana obłoków

bo nie takie niebo w Siedlcach
i nie taka piana w Bystrzycy

Zagapił się jak nic
pewnie na gniazda monastyrów
przylepione jedynie na wiarę
do białych skał Bakczysaraju

bo nie taką wiarę
i nie takie skały spotykał

Odurzył go wiatr znad falujących stepów
aż mu się w głowie zmąciło
więc przysiadł
gdy właśnie żuk zielony ścieżką dreptał

to zagapił się
i nie dopilnował…

A teraz siedzi na Ruszczynie
zapłakany
usmarkany
pochylony nad śladem naszego ogniska
ten pożal się Boże jego Anioł Stróż
i czyni zadaną pokutę:

chroni drżącymi skrzydłami
ostatnią iskierkę
by jej bolesny żar
codziennie podsycał
jaskółczy niepokój

naszych serc

***********************

Basi i Darkowi na pamiątkę, ale i w podzięce,
za wspólnie przewędrowane ścieżki Bieszczadów,
Beskidu Niskiego i młodości…

EPITAFIUM DLA CERKWI W KOMAŃCZY

Goniąc po utartych szlakach codzienności
czasami zatrzymujemy się, by spojrzeć
w doliny naszych wspomnień.

Tam, zasnute wieczornymi mgłami
i dymem z ciągle żarzących się ognisk naszych marzeń,
otoczone gromadkami najwierniejszych lip i jesionów,
na wzgórkach przy potoku klęczą cerkwie.

Wtedy klękamy i my.
Usiłujemy dostrzec znajomy krzyż na makowicy,
lecz z odległości dwudziestu lat to niemożliwe.

Usiłujemy znów poczuć dziegciowy zapach gontów,
gdy wiatr przynosi kadzidlany dym pogorzeliska.

Usiłujemy z ciszy odcedzić głos cerkiewnych dzwonów
i nasze serce zaczyna bić na trwogę.

Zrywając się z kolan nie wiemy, w którą stronę się przeżegnać…

Zostawiając dolinę, potok i lipy pędzimy na nasz szlak codzienności
bogatsi o głęboko odciśnięty mandylion z pięcioma kopułkami
i ubożsi o złudzenie, że malowany zegar chroni przed czasem.

**************************

WIECZÓR – 2 WRZEŚNIA 2004

zmrok
przez niedomknięte okno
pchają się ćmy
i sny nielotne

odpływa bezpłodnie
każda myśl
której dotknę
strach gęstnieje w mroku

i wypiera powietrze
dzieci w szkole w Biesłanie
mają ostatnią lekcję

***********************

ZADUSZKI – LWÓW – 2002

babuszka na cmentarzu
zagrabując zeschłe liście
z uśmiechem
śpiewnie
do kamery:

pamiętam dzieciństwo
później była młodość
krótka
no i starość

cmentarz jest ukraiński
groby polskie
liście już babcine
zaraz je podpali

*******************