Tadeusz Zachara

Tadeusz Zachara

Prośba

Kochać Ciebie
nie własny wymyślony obraz
boga na własną miarę
zamkniętego w czterech ścianach
poruszającego się od kreski do kreski
w bezpiecznych granicach
zakreślonych konwencją genewską
i powszechną deklaracją praw człowieka
bez prawa do rzucania gromów
zginania dębów i ogałacania lasów
o deszczu ognia i siarki
nawet nie wspominając
Pomóż mi
abym
gdy obudzę się ze snu
ściskając w ręku tylko mały
lipowy świątek
umiał rozpocząć jeszcze jeden raz
i wyjść za furtkę na spotkanie
Żywego i Prawdziwego

Mrągowo, grudzień 2009

 

Refleksja

pamięci Zbigniewa Herberta

Wyjść, skrzywić się
wycedzić szyderstwo
to na dziś za mało
Samogonny Mefisto
nabrał ogłady
w ramach transformacji
ukończył kurs public relations
umie kusić piękniej i lepiej
posyła w teren
atrakcyjne dziewczyny
o zniewalającym uśmiechu
i wyuczonej frazie
„w czym mogę pomóc?”
Zaiste
w tych czasach naprawdę
można stracić głowę
podpisać cyrograf
nie zauważając klauzul
napisanych drobnym druczkiem
na przedostatniej stronie
Trzeba zatem
oprócz niezbędnego smaku
posiąść jeszcze chytrość węża
i stalową odporność
na syreni śpiew.

styczeń 2010

 

Minęło południe

To już nie pogodny ranek
kiedy z nową energią można zacząć
wszystko od nowa
Przy większym wysiłku
pierwsze oznaki zadyszki
w mięśniach narastające zmęczenie
Nie można jeszcze zejść ze stanowiska
teraz właśnie
nadchodzi czas prawdy
przekonać się czy budowany gmach
przetrwa próbę czasu
Masz go jeszcze trochę
dokładnie tyle ile trzeba
by wnieść pewne niezbędne poprawki
i czekać z niepokojem
na wieczorny rachunek sumienia

styczeń 2010

 

Męskość II

Ta nieznośna lekkość
bycia i korzystania
jedno kliknięcie – wchodzisz
drugie kliknięcie – wychodzisz
darmowe minuty darmowe godziny
bez zobowiązań
w razie trudności wszystko rozwiążą pigułki
prosto być mężczyzną
z kuflem piwa w ręku z pilotem w drugim
jedno pstryknięcie
na ekranie zjawia się
plastikowy polityk z przyczepionym
uśmiechem wybrany głosami
takich jak ty taki sam
nagle
gaśnie telewizor
chwilowa awaria prądu
jednym kątem oka spoglądasz
w lustro ale w nim
nie odbija się
już nic

marzec 2010

 

10 kwietnia

Stało się
a może jednak nie
może spróbować zamknąć oczy
zasnąć i obudzić się po złym śnie
Stało się
jak obuchem w głowę
drży jeszcze ostatni akord
niedokończonej symfonii
w mglistym powietrzu dopala się
ostatni znicz
Stało się
tego filmu nie puści już nikt
w odwrotną stronę
wylądowali
na miejscu swego przeznaczenia
Stało się
tajemnicę zabrali ze sobą
do zatrzaśniętych trumien
czarna skrzynka czarna łubianka
dochowa milczenia niezawodnie
i milczeć będą drzewa
które to widziały
Stało się
trafiony odłamkiem uśpiony żubr
otwiera szeroko oczy ze zdumienia
ryk uwiązł mu w gardle
zbiera się do galopu
w swoją ostatnią szarżę

kwiecień 2010

 

Post

Zapomnieć o sobie
chociaż na chwilę
zignorować ssący żołądek
domagający się więcej dużo więcej
niż mu potrzeba
wyłączyć migający ekran
ochłodzić rozgorączkowaną głowę
słyszeć szum
sosny szum ciche modlitwy
ciche stukania serca
pracowitego dzięcioła
w drewno martwej sosny
w drewno martwego krzyża
wilgotnego od łez

marzec 2010

 

Kamienne kręgi w Odrach

Rzadki sosnowy bór
dyszy lipcowym żarem
Grupki urlopowiczów
na luzie w szortach i sandałkach
Eksponują opalone ciała
niemal boskie
jak owo promieniowanie
o którym przeczytali przy wejściu
Może dziś jeszcze sprawdzą jego moc
na plaży w pubie w dyskotece
Kamienne postacie
spoglądają surowo
dla siebie zachowując tajemnicę
upadku cywilizacji
W jakim języku
trzeba zadać pytanie
aby usłyszeć odpowiedź?
Rada Starców usiadła w kręgu
grzejąc w południowym słońcu
skamieniałe już kości
Milczą nagrzane głazy
z ich wnętrza płynie
nieubłagany chłód

lipiec-wrzesień 2010

 

 

Pogranicze
Pogranicze

Pogranicze

Wolno biegnąca droga
nagle zakręca przy niebieskim krzyżu
od tego miejsca
niezobowiązująco gruntowa
Meczet
skrzypiący przeschniętym drewnem
jak drzwi od starej szafy
nagrobki o dziwnych imionach
małe okienko
do zapomnianego świata
Spójrz
na wschodnią stronę
Tam w polnych krzakach gwiżdże
kresowy wiatr
Tam słychać jeszcze
rżenie koni

***

Zamiast koni wyłania się
samochód ze szwajcarską rejestracją
Goście chętnie i dobrze płacą
Nic dziwnego
Był tu przecież i książę Karol
Pachnie jeszcze
wyasfaltowana szosa do Bobrownik
jak czarny wykrzyknik
Ktoś wypełnił odpowiednią rubrykę
i przybił pieczątkę
za wielokulturowość i tolerancję
Ciemnowłosa tatarska dziewczyna
stawia na stole
kołduny w rosole i pierekaczewnik
Gdy odwraca się
można przez chwilę w jej oczach
ujrzeć bezkresny azjatycki step
nieogarnięty
nawet sokolim wzrokiem

Kruszyniany, wrzesień 2010

 

Cmentarz Łyczakowski

Nie ma tego miasta
Pan Poeta miał rację
Zeszło pod ziemię
Tylko nagrobki wystają jeszcze
Jak peryskop
Nad pożółkłe liście
Kart starych książek
Szeleszczące pod nogami
Pospiesznej wycieczki
Nim odjedzie dalej
Kto z nich zdoła przeczytać
Ten list z innego świata
W którym
Wznosili kamienice burzyli przesądy
Układali matematyczne równania
Pisali książki malowali obrazy
W którym żyli i kochali
Naprawdę
Gorącokrwiście
Na zabój

wrzesień 2010

 

Nagrobek Orlęcia

Krótki i lakoniczny
Personalia daty życia i śmierci
Koniec
Przecież to nieprawda
Ta pusta karta szesnaście lat
Rozpościerałeś skrzydła chciałeś być
kolejarzem jak tata
A może marynarzem
lub inżynierem od mostów
Grałeś w piłkę
na bramce albo i w ataku
Pisałeś wiersze ukradkiem
Ona była śliczna jak róża
Zamykała oczy przy pocałunkach
Śniła o szczęściu
czy już przeczuwała chwilę
gdy przyniosą cię
z kulą w piersiach?
Odchodzę w milczeniu
niosąc twoje imię i nazwisko
jak zimną tabliczkę
na której na zawsze
zastygła krew

wrzesień 2010

 

***

Wierzyć
gdy wszystko wali się z hukiem
gdy brakuje oddechu
gdy czarna łapa przygniotła
i trzyma mocno
gdy zimny jesienny wiatr
zwiewa ostatnie liście
obnażając
wyciągnięte w niebo konary
w błagalnej modlitwie
bez echa i bez pociechy
Ufać
mimo wszystko
i nie pytać
jak długo jeszcze będzie trwać
ta noc

Nidzica, październik 2010

 

 

Sierpień

Po rozpuście upałów
pokucie burz i wichrów
uspokojenie
wszystko wraca na swoje miejsce
tam gdzie miało być
od początku

Rozświetlone popołudniowym słońcem
wierzchołki sosen
w lesie cisza
z rzadka przerywana
krzykiem dzięcioła
cykaniem świerszcza
zaczynającego wieczorne nieszpory
Nawet zawodzenie komarów
wpasowuje się
w harmonię Wszechświata

W tej ciszy
słychać jak zrastają się potargane
końcówki nerwów
regenerują
osłonki mielinowe

Chwilo trwaj
rozciągnięta
aż po pierwsze kroki zmierzchu
który przyjdzie niepostrzeżenie
na kocich łapach

Wilga, sierpień 2011

 

Nowe wiersze

Święta Pokrowa

Z truskawieckiego pomnika
spogląda z czułością
trzymając błękitny płaszcz
Chciałaby go zarzucić
na tę biedną ziemię
Uchronić ją
przed gwałtem i przemocą
przed nędzą i głodem
Ale nie starcza
Zbyt wielki jest ten kraj
Zbyt wiele widział
Zbyt wiele przeżył
Zbyt wiele doznał okrucieństwa
Zbyt wiele sam go zadał
Więc tylko skrawkiem materiału
Sporządza mu opaskę na oczy
Niech choć przez chwilę nie patrzy
Nie pamięta złego
Niech choć przez chwilę posłucha
szumu liści w zdrojowym parku
śpiewu kosów i szpaków w gałęziach
kwilenia niewinnych piskląt
Niech odpocznie nieco
i pomyśli
że można inaczej

czerwiec-wrzesień 2012

Hodowla wierszy

„Słucham nie słów lecz dźwięków”
J. Kaczmarski – „Autoportret Witkacego”

Od dźwięków wszystko się zaczyna
Nie inaczej
Muszą zapaść w głąb duszy
niczym ziarno
Harmonijne, spokojne
jak szum strumyka, szelest liści
albo gwałtowne, urywane
jak krzyk ranionego śmiertelnie drozda
Dojrzewają w ciszy
podlewane kontemplacją
nawożone obrazem
płynących po błękicie chmur
falujących gałęzi sosen
drogi wijącej się przez łąkę
pełną kwiatów
lub też wysuszonych jesiennych badyli
w których gwiżdże wiatr
Jeszcze dotyk kochanej ręki
i spojrzenie oczu
bo nikt nie wędruje sam
Tak rodzi się myśl
naga i bezbronna
jak dziecko w łonie matki
Rośnie i dojrzewa
do wyjścia na świat
gdzie ubiorą ją w szatę słów
Tak trzeba czasu
Nie przeskoczysz go
Nie wyrwiesz gwałtem
Bo zepsujesz wszystko

marzec 2013

Droga

Wpadli na siebie
tak nagle że nie zauważyli
kiedy los nimi zawładnął
Może wtedy gdy
on spojrzał w jej oczy i odkrył że
można się w nich zanurzyć
A ona zobaczyła w jego dłoni
miejsce na swoją małą dłoń
I tak poszli razem nie wiedząc
dokąd szlak prowadzi co kryje się
za kolejnym zakrętem
Czasami ciężko było
iść pod wiatr
po kolana w śniegu gdy
przemakały ciężkie zimowe buty
a ręce mdlały bo ciążyło na nich
kolejne słodkie brzemię
Nieraz chmurzyło się tak bardzo
że powietrze twardniało między nimi
a deszcz rosił do wewnątrz
i tylko poduszka nie wiedzieć czemu
nad ranem była cała mokra
Zawsze jednak
po burzy wychodziło słońce
i splatały się zawstydzone dłonie
a oni śmiejąc się biegli
boso po nadmorskiej plaży
jak dzieci jak dzieci
Nie mówcie mi
że to naiwne niedzisiejsze
Nie ma nic prawdziwszego od baśni
Chcę zobaczyć ich takich właśnie
kiedyś tam na końcu drogi
za ostatnim wzgórzem

marzec 2013

Spacer

Idąc tak obok siebie
starannie dobieramy słowa
jak na początku
jak po długim rozstaniu
odświętne i trochę niezdarne
inne niż nasz codzienny chleb
krótkie zdania
komunikaty z frontu
meldunki z trasy
naszych trosk naszych pociech
i zapada jak w znanej bajce
taka niezręczna cisza
słychać tylko szum
wiosennego wiatru
świst kowalików szczebiot sikorek
w marcowym lesie

usiądźmy na chwilę
nie bój się ciszy
pomilczymy razem
patrząc w jedną stronę
trzymając się za ręce
nasze młode ręce
jak za dawnych lat

marzec 2010

 

Metr w głąb

Nim opadła nad zgliszczami
gęsta mgła
Powędrował w cztery strony
przekaz dnia
Zwielokrotniony
Na smartfonach i monitorach
Cztery podejścia
Naciski
Pancerna brzoza

I rozniósł się przekaz
I po dzień dzisiejszy trwa
Bo wygodniej wierzyć niż nie wierzyć
A kto pyta
Ten jest sekciarz i oszołom
Który tylko czczą nienawiść
w sobie ma

Już z ekranu autorytet
nas oświecił
Znicze?
To nie znicze tylko śmieci
Zresztą stało się
I się nie odstanie
Najważniejsze
by mieć ciepłą wodę w kranie

Wspomnienie wyrwać
Jak bolący ząb
A prawda?
Cóż to jest prawda?
Leży gdzieś tam zakopana
Na metr w głąb

październik 2014

 

Wracając do siebie

Prawem grawitacji idąc w dół
w kierunku Wielkiej Pohulanki
zerkam na pomazany sprayem blok
na Wiwulskiego
czytając miłosne wyznanie po polsku
„Litwo ojczyzno moja”
brzmiące jak pomost
między nowymi a dawnymi laty
gdy nikogo to nie dziwiło
jak nie dziwi mnie że skręcając
obok wielkiego kamiennego jabłka
mijam stary Teatr na Pohulance
i przyspieszonym krokiem serca
przecinam jeszcze Pylimo czyli Zawalną
aby zanurzyć się w przytulną strefę
Starego Miasta
którego nigdy nie opuściłem
tak naprawdę
choć poczęcie jak i urodzenie
nastąpiło gdzie indziej
Dotykając
dziwnie znajomych murów
czuję mimo mrozu
ich wewnętrzne ciepło
i teraz wiem na pewno
Jestem u siebie
Jestem u siebie

Wilno, grudzień 2014/Warszawa styczeń 2015

 

Moja Rossa

„Nasza dzielnica
zarzucona Bogiem i ludźmi”
Tak poetycznie wyraził się
przed paroma laty
pewien miejscowy handlarz zniczy
vis a vis Matki i serca Syna
I rzeczywiście
Dziś wszystko pokrywa biała szata
a w iskrzącym się mrozie
świdruje cisza w której
przedstawiają się szeptem umarli
ci dawni po polsku
ci nowi na ogół po litewsku
Wspinając się po pagórkach
kłaniam się Lelewelowi
który spogląda zamyślony
dokładnie tak jak na postumencie
w moim warszawskim liceum
Idąc ścieżką w dół
odnajduję bez kłopotu
rodzinny grób Pradziadków
Kochali się tak mocno
jak warszawiak z wilnianką
wydając na świat dwanaścioro dzieci
ośmioro dożyło dorosłości
a czwórka maluchów spoczęła
razem z nimi
Dziwnie się to plecie
Jedyny warszawski przodek
spoczywa właśnie tu
Witając przybyłego prawnuka
ochrzczonego tak jak i on
w kościele Świętego Krzyża
na Krakowskim Przedmieściu
zdaje się mówić
Pamiętaj mój młody
Rzeczpospolita jest jedna
Miej ją w sercu
Zawsze

Wilno, grudzień 2014/Warszawa styczeń 2015
***

Czasem trzeba także
pozwolić odejść
rozstać się
na skrzyżowaniu ze ścieżką
którą pójść nie możesz
Puścić dłoń
gdy wyrywa się nie bacząc
na osty i ciernie
W miarę możliwości żyć normalnie
Jutro też jest dzień
i dosyć ma swojej biedy
a może i chwile pociechy
gdy zimowe słońce
na chwilę rozgrzeje twarz
śmiać się głośno
płakać cicho
w ścianach swej izdebki
I w największym sekrecie
trzymać
na niespodziewaną okoliczność
utuczone cielę

styczeń 2017

 

Wierność

Być wiernym
w sprawach drobnych
jak ziarnka gorczycy
pielęgnować
jak drobne siewki
wierząc
że kiedyś wyrosną z nich
potężne drzewa
podlewać
łzami i potem
codziennych punktów wysiłku
zbierać na nowo
rozrzucone kamyki
kochać
mimo wszystko
w upalną i słotną
pogodę
przepraszać
nim zajdzie słońce
wybaczać
jeszcze jeden
i jeszcze jeden raz
bez końca
czuwać
aż wszystko się wypełni

styczeń 2017