skarby Etiopii

Etiopia Ewy Kacperek – 2 tydzień

Etiopia – „Cesarstwo Abisynii” - 14.01 – 05.02.2004

Dzień 8

21.01.2004

ziiiiimnooooo
ziiiiimnooooo

Nasze śpiwory zdecydowanie nie sprostały zadaniu. Pomimo włożenia na siebie wszystkiego, co choć trochę grzało (ciepły podkoszulek, piżama, gruby polar, dwie pary skarpet) trzęśliśmy się w namiotach jak baranie ogony.

Najmilszą chwilą w takim miejscu jest wschód słońca. Temperatura natychmiast robi się bardziej przyjazna. Obóz Sankaber można z czystym sumieniem nazwać „obozem brudasów” nie ma tu bowiem żadnej szansy na umycie się. Najbliższa woda płynie w strumieniu oddalonym o kilka kilometrów od obozowiska. Nasz kucharz podał śniadanko i ruszyliśmy w drogę. Po nauczce jaką kiedyś dostaliśmy w Wenezueli, zamówiliśmy sobie osobiste muły. Przydadzą się czy nie, zawsze to lepiej mieć w odwodzie jakieś pomocne zwierzę. Początkowo trasa bardzo łatwa, prowadząca wzdłuż południowej krawędzi, skrajem urwiska, podejść niewiele i dość łagodne. Po drodze chwila odpoczynku nad wodospadem Jimba. Ostatnie metry do miejsca z którego widać wodospady pokonałam na czworaka (lęk wysokości) ale POKONAŁAM. Dalej już znacznie gorzej, strome podejście przez zbocze porośnięte wrzosami drzewiastymi ( rosną tylko na stokach Kilimanjaro, Mont Kenia i w górach Siemen), musieliśmy pokonać samodzielnie, bowiem muły miały czekać na nas dopiero na górze. Wśród stadka zwierząt były nie tylko muły, ale też osły i konie. My z Andrzejem dosiedliśmy tych ostatnich, zostawiając pozostałe mniej wprawnym jeźdźcom. Teraz mogliśmy już w pełni rozkoszować się wspaniałymi widokami, wpatrywanie się w wyboistą ścieżkę zostawiając naszym rumakom i ich opiekunom. Po ok. 6 godz. dotarliśmy do celu – obozu Geech położonego na rozległym wypłaszczeniu 3600m.n.p.m.

 Obóz wyposażony był w kabinę prysznicową, co za luksus! Kawałkiem rury woda z płynącego nieopodal strumienia dostarczana była do małej jak telefoniczna, wykonanej z blachy falistej budki. Na końcu rury był kran i sitko prysznicowe. Woda trochę zimna, to prawda, ale jak miło było zażyć kąpieli, pierwszej od dwóch dni. Kolacja bardzo nam smakowała, nie wiem, czy bardziej za sprawą wysiłku kucharza czy nadmiaru świeżego powietrza. Parę łyków whisky „z gwinta” na rozgrzewkę miało poprawić komfort cieplny – nie poprawiło. Było nam zimno tak jak poprzedniej nocy.

 

Dzień 9

22.01.2004

Rankiem słońce wstało z dobrej strony i już pierwsze jego promienie ogrzały atmosferę. Z ciepłych nareszcie śpiworów wyciągnęła nas dziwne dźwięki; ciche szepty, szelesty, pochrząkiwania dochodzące  zza „ściany” namiotu. Okazało się, że do obozowiska ściągnęli z różnych stron mieszkańcy gór. Przyszli prosić o pomoc. Nie gojące się rany, wrzody, ból zęba, biegunka….Do najbliższego lekarza mają 3 dni drogi przez góry. Dla nich spotkanie z białym człowiekiem to spotkanie z medycyną, to szansa na otrzymanie leków , porady, czasem ratunku. Tylko jak wytłumaczyć sposób dawkowania antybiotyków komuś kto porozumiewa się wyłącznie w języku swojego plemienia? Co dać tym ludziom by przede wszystkim nie zaszkodzić? Ile dać by nie pogorszyć sytuacji gdy łykną wszystkie tabletki na raz? Jedynie zabiegi na miejscu, w obozowisku, gwarantowały, że nie wypiją jodyny a maści ichtiolowej nie dodadzą do zupy. Poszły więc w ruch jednorazowe igły i strzykawki by otworzyć i oczyścić ropnie jak banie, zużyliśmy cały zapas środków dezynfekujących, plastrów i bandaży. Zapas Imodium stopniał zastraszająco a przed nami jeszcze dwa tygodnie pobytu. Czy pomogliśmy? Nie wiem. Nikt z nas nie był lekarzem.

Po raz pierwszy na śniadanie nie było jajek lecz pyszna owsianka na wodzie. Co to góry robią z człowiekiem? Ta owsianka naprawdę nam smakowała ! Przed nami najbardziej wymagający dzień trekkingu, 9 godzin marszu w trudnym terenie, z wieloma ostrymi podejściami. Podejście na Imet Gogo (3926m.n.p.m.) jest łatwe i pełne wspaniałych widoków. Przed samym szczytem znów przeżyłam ciężkie chwile, szlak bowiem wiedzie granią a po obu stronach są urwiska. Walcząc zaciekle z lękiem wysokości przebyłam jednak ten odcinek. Warto było. Co za miejsce !!! Z trzech stron przepastne otchłanie z czwartej wąska grań którą przeszliśmy, na horyzoncie widać trzeci co do wielkości szczyt Afryki Ras Daszan (4620m.n.p.m.) .

Imet
Imet

Z Imet Gogo droga schodzi w dół, dalej ostre podejście, zbyt ostre, by pokonać je na koniu. Lunch przygotowany wcześniej przez kucharza (pyszny ryż z warzywami) zjedliśmy w punkcie widokowym na wysokości 3800m. Od oblegających nas licznie dzieci kupiliśmy dwa przedziwne nakrycia głowy; wełnianą czapkę, sztywną jak blacha i okropnie gryzącą i słomiano-bawełniany kapelusz z frędzlami.

Pewnie nigdy nikt tego na głowę nie włoży, ale uznaliśmy, że bardziej wychowawcze będzie coś kupić niż dawać pieniądze za nic. Trochę zaczęła mi dokuczać choroba wysokościowa. Na szczęście ostatni odcinek drogi wiódł głównie w dół, aż do trzeciego obozu  Chenek (czyt. Czenek) położonego na 3650m.n.p.m.  Obóz przepięknie położony w małej, porośniętej lobeliami kotlince miał jednak dużą wadę – słońce późno do niego zaglądało. „Skrótowe” mycie przy pompie, kolacja, whisky „z gwinta”, tańce przy ognisku z Benjaminem i kucharzem zapełniły nam wieczór. Tym razem zmarzłam jakby trochę mniej.

 Obóz w Chenek

Dzień 10

23.01.2004

gelada baboon zwane małpami z krwawiącym sercem
gelada baboon na „Małpiej Górze”

Rankiem wdrapaliśmy się wszyscy na „Małpią Górkę”- niewielki pagórek w sąsiedztwie obozowiska – gdzie najwcześniej docierało słońce. „Małpia Górka” zamieszkała jest przez stado gelada baboon zwanych małpami z krwawiącym sercem. Baboony przyzwyczaiły się do bliskiego sąsiedztwa ludzi i nie są specjalnie płochliwe. Można podejść do nich stosunkowo blisko, należy jednak zachować ostrożność bo zęby maja imponujące.

gelada baboon zwane małpami z krwawiącym sercem
gelada baboon zwane małpami z krwawiącym sercem

Po załadowaniu całego ekwipunku na samochody, ruszyliśmy w drogę powrotną do Debarku, i dalej do Gonder. Po południu, kiedy zajechaliśmy, „nasz” hotel, wydał się nam jakby bardziej luksusowy. Cóż to za rozkosz wyciągnąć się na łóżku po trzech nocach spędzonych w ciasnych namiotach, że nie wspomnę o radości jaką może dać łazienka z ciepłą wodą. Na kolację udaliśmy się do Gohy (menu jak poprzednio, „Stolicznej” nie dowieźli). Po powrocie do miejsca zakwaterowania okazało się, ze „nasz” bar jest jeszcze czynny i posiada wódkę „Stolicznaja” w ilości 0,75l. W trakcie konsumpcji Kacperek wprawił w konsternację obsługę zamawiając zupę pomidorową. Po wielokrotnym upewnieniu się przez kelnera, że o godz.11 wieczorem jakiemuś świrowi z dalekiego kraju zachciało się zupy na dodatek pomidorowej, na stół wjechał talerz koncentratu pomidorowego rozbełtanego z odrobiną ciepłej wody i łyżka. Atak śmiechu jakiemu ulegliśmy powstrzymywali, kategorycznie acz nieskutecznie, wyrwani z błogiego snu angole. Nie na wiele im się to zdało, bo po drugiej stronie ulicy jakiś DJ-ej dawał popis i wyciskał z fatalnej jakości aparatury ostatnie poty. Na dodatek, zgodnie z miejscowym zwyczajem, o godz.2 w nocy w bezpośrednim sąsiedztwie hotelu grupa nawiedzonych ortodoksyjnych wiernych rozpoczęła swoje żałosne zawodzenia i modlitewne jęki. O godz.4 dołączył do nich mułła z pobliskiego meczetu wykorzystując przy tym piszczący i świszczący megafon.

 

Dzień 11

24.01.2004

Z Gonder do Axum polecieliśmy samolotem linii Ethiopian Air. Jak w większości krajów Trzeciego Świata, tak i w Etiopii rozkład lotów jest tylko orientacyjną informacją. Nigdy nie wiadomo, kiedy samolot wystartuje a co gorsze, gdzie wyląduje. Z Gonder do Axum lecieliśmy przez Lalibelę, choć to wcale nie po drodze. Na żadnym budynku żadnego z lotnisk nie ma nazwy miejscowości . Może się więc zdarzyć, że ktoś wysiądzie na złym przystanku.

Axum to liczące 20. tysięcy mieszkańców miasto położone na na Wyżynie Abisyńskiej, na wys. 2300 m.  założone ok. V w. p.n.e.  Ośrodek religijny Kościoła koptyjskiego; w XVI w. zniszczone przez najazd muzułmański. Jego największe atrakcje turystyczne to stele nagrobne z inskrypcjami greckimi, sabejskimi i staroetiopskimi (I–V w.); kościół (XVI w.) , kamienne ruiny zespołu pałacowego. Miejscowi przewodnicy wmawiają turystom, że to pałac królowej Saby, choć według badań francuskich archeologów są młodsze o, bagatela,  800 lat. Podobną bujdę rozpowszechnia się w przypadku basenu nazywanego basenem królowej Saby, który powstał nie dalej jak 1200 lat temu .

Axum to miasto z którego królowa Saba wyruszyła na spotkanie z mądrym królem Izraelitów – Salomonem, czego owocem były nie tylko uczone dysputy, lecz także syn- Menelik I, pierwszy cesarz Etiopii który zapoczątkował panowanie dynastii Salomońskiej. Chłopak był bystry i gdy podrósł został wysłany do swego ojca po nauki. Czego się nauczył nie wiadomo, za to wracając do domu, bez wiedzy taty zabrał ze sobą Arkę Przymierza. Król Salomon nigdy nie przyznał się przed własnym ludem, że syn mu buchnął obiekt największego kultu Izraelitów, a że Arka nigdy nie była pokazywana wiernym, by nie skalał jej przypadkiem wzrok grzesznika, nikt się nigdy nie dowiedział, że za kotarami, pod złocista kapą stoi nie Arka lecz jakaś podróba. Wersja naukowa losów Arki Przymierza jest całkiem inna, ale w Etiopii nikt nie przywiązuje do faktów historycznych większej wagi i choć nikt nigdy tej Arki nie widział, każdy Etiopczyk wie, iż do dziś jest ona w Axum pilnie strzeżona przez kolejnych kapłanów. Do kościoła w którym jest przechowywana może wejść tylko jeden wybrany i zaprzysiężony kapłan. Kopie arki znajdują się w każdym kościele w Etiopii. Ich także nie pokazuje się wiernym. Zawsze są zamknięte w tej części kościoła, do której wstęp ma tylko jeden, najważniejszy kapłan. Szczelnie osłonięte arki wynoszone są ze świątyni tylko w świętoTimkat.

Hotel w którym zamieszkaliśmy, najlepszy w mieście oczywiście, był rzeczywiście dość komfortowy. Duże jasne pokoje, ładnie umeblowane, łazienka wygodna i czysta. Na dole nieźle zaopatrzony bar i dwie restauracje. W przyszłości będzie tam jeszcze kawiarenka internetowa i basen, na razie są w budowie. Skorzystaliśmy z usług hotelowej pralni i za 100 byrów (ok. 50 zł) mieliśmy wszystkie ubrania jak nowe – no, prawie. W miejscowych sklepikach z pamiątkami, według zapewnień sprzedawców, towar był wyłącznie bardzo stary, biżuteria wyłącznie srebrna a ceny wyjątkowo korzystne. Kupiliśmy trochę tych „antyków” targując się zajadle. Zasada była taka: nie kupować za więcej niż za 1/3 ceny wyjściowej.

Na kolację Kacperek zaciągnął nas do restauracji w stylu folk z pięknie malowanym sufitem i wygodnymi siedziskami. Injera była smaczna, do tego 3 butelki włoskiego wina (cały zapas jaki posiadali w piwniczce) na deser kawa. Do kolacji przygrywał nam i przytupywał bardzo dobry zespół ludowy. Bawiliśmy się wspólnie do północy. Ich tańce są bardzo dynamiczne i trudne choć choreografia nie specjalnie skomplikowana. Trudno taki taniec wykonać, jeszcze trudniej opisać. My nazwaliśmy go „tańcem kogutów”. Ogólnie rzecz biorąc, polega na wykonywaniu niewielkich ale bardzo dynamicznych ruchów ramionami, biodrami i głową, niekoniecznie jednocześnie i niekoniecznie w tym samym rytmie. Trochę to przypomina oglądany w błyskach lampy stroboskopowej taniec hinduski czy też cygański.

 

Dzień 12

25.01.2004

Cały dzień poświęciliśmy na zwiedzanie zabytków Axum.

Na początek stele. Największa z nich miała 33m wysokości ale wkrótce po postawieniu runęła i roztrzaskała się na kilka kawałków. Najwyższa ze stojących do dziś ma 28m jest bogato zdobiona. Jej kształt jest symbolem obrzezania. Motyw steli jest często używany w zdobieniu budowli czy mebli. Między stelami, pod ziemią, znajduje się kilka grobowców wykonanych w technologii podobnej jak ta zastosowana do budowy piramid w Egipcie. Wielkie skalne bloki, dokładnie obrobione, ustawione są bez zaprawy ani elementów mocujących. Stropy wykonano z płyt skalnych. Groby te już wieki temu zostały doszczętnie ograbione, nie udało się archeologom znaleźć w nich drogocennych przedmiotów, jedynie inskrypcje na ścianach świadczą o tym, że są to grobowce osób wysoko postawionych.

Zabytki Axum – stele i grobowce

Jest w Axum zwyczaj, że nowożeńcy przyjeżdżają na plac pod stele by zrobić sobie pamiątkową fotografię. Jedną z takich par wraz z orszakiem ślubnym sfotografowaliśmy.

Wesele

Następnym w kolejności zabytkiem był kościół w którym koronę zakładało kilku władców królestwa aksumskiego i Etiopii, między innymi ostatni – 225 Cesarz Etiopii, Król Królów i Pan Panów, Zwycięski Lew z Plemienia Judy – Hajle Sellasje. Cesarską koronę przyjął w 1930 r, a 5 lat później wsławił się bohaterską obroną swego kraju przed agresją Włoch Mussoliniego czym zyskał sobie sympatię świata.

Jednak na początku lat 70. Hajle Sellasje był już tylko władcą coraz bardziej anachronicznego królestwa, którego system dworskiej korupcji znają także Polacy – z bestselleru Ryszarda Kapuścińskiego „Cesarz”. Staroświecki świat Hajle Sellasje został zmieciony we wrześniu 1974 roku, w wyniku marksistowskiego wojskowego zamachu stanu. Uwięziony przez nowe władze z Mengistu Hajle Marianem na czele, 83-letni cesarz zmarł niecały rok potem, w nocy z 26 na 27 sierpnia. Jako oficjalny powód podano „niewydolność oddechową”, ale większość historyków nie ma wątpliwości: ostatni cesarz został po prostu zamordowany przez komunistów lub co najmniej pozbawiony pomocy medycznej. Jego szczątki w tajemnicy pochowano pod toaletą pałacu cesarskiego w Addis Abebie. Rządził w Etiopii przez 44 lata. Dopiero w 26 lat po śmierci mógł odbyć się uroczysty pogrzeb byłego cesarza Etiopii, został pochowany w koptyjskiej katedrze Trójcy Świętej w Addis Abebie jako męczennik, który poniósł śmierć za wiarę.

nowa światynia w Axum- ufundowana przez Hajle Sellasje
nowa świątynia w Axum- ufundowana przez Hajle Sellasje

Hajle Sellasje ufundował kilka kościołów. Jeden z nich postawiono w Axum w sąsiedztwie tego, gdzie przechowywana jest Arka Przymierza. Budowla to wyjątkowej szpetoty za to okazała. Kościół Arki też mało urodziwy, za to malutki, otoczony stalowym ogrodzeniem poza które wstęp ma tylko jeden kapłan i ci którzy go obsługują. Podobno zdarzył się kiedyś przypadek, że pewien świętobliwy mąż, na wieść o tym, że został wybrany do pełnienia zaszczytnej roli opiekuna Arki, a przez to dożywotnio skazany na przebywanie w obrębie kościoła, uciekł i wszelki słuch po nim zaginął. Za ogrodzeniem kościoła Arki mieści się jedyne w swoim rodzaju muzeum. Jest to coś na kształt pomalowanej na żółto straganiarskiej budy typu „szczęki”. Po uiszczeniu stosownej opłaty obsługujący to dziwo mnich otworzył klapę muzeum, a naszym oczom ukazały się skarby Etiopii; korony kilku władców, krzyż procesyjny i stary manuskrypt o życiu Maryi Panny. Wszystko podobno autentyczne i bardzo stare. Co do wykonanych z metalu koron i krzyża nie będę dyskutować, nie chce mi się jednak wierzyć by jakakolwiek księga, nawet wykonana na skórze, mogła przetrwać w podobnych warunkach 800 lat.

Skarby Etiopii

Dzięki wczesnej porze udało nam się jeszcze zobaczyć muzeum historyczne miasta i okolic, wypełnione głównie glinianymi znaleziskami z grobowców. Wrażenie podobne jak w innych muzeach tego kraju; brud, bałagan, niekompetencja.

Na lunch wróciliśmy do hotelu, by po krótkiej sjeście udać się na dalsze zwiedzanie. Pałac królowej Saby położony jest pod miastem u stóp wzgórza, z pięknym widokiem na okolicę. Jest to w zasadzie daleko idąca rekonstrukcja budowli powstałej znacznie później niż żyła Saba, odkrytej w latach 60 przez francuskich archeologów. Pałac, jak się ocenia, miał dwie kondygnacje, co zwarzywszy na rodzaj budulca ( nieduże kamienie ułożone bez zaprawy) stanowi o jego wyjątkowości. Jedynie posadzki, stropy i kolumny nośne wykonane były z dużych bloków skalnych. Basen królowej Saby, tak jak pałac, również nigdy nie był jej własnością, bo został wybudowany wiele lat po jej śmierci.

 Posiadłość królowej Saby

Etiopczycy bez żenady dopisują nazwiska znanych w świecie rodaków do różnych miejsc, by zwiększyć frekwencję turystów. Nasz przewodnik z biura Africa line – Krzyś jest z wykształcenia i z zawodu archeologiem. Często się zdarzało, że miał na temat różnych zabytków i odkryć archeologicznych w Etiopii zupełnie inne dane niż te przekazywane przez miejscowych przewodników. Jedno jest pewne; Etiopia to kraj o ciekawej i bogatej historii i tylko w 2% (szacunkowo) odkrytych zabytkach. W kilku miejscach w samym mieście widzieliśmy tajemnicze dziury w ziemi, czasem na środku czyjegoś podwórka, czasem przy ulicy. Gdy już badacze dobiorą się do którejś z nich to okazuje się, że jest to wejście do starożytnego grobowca albo wykute niegdyś w skalnym zboczu siedlisko ludzi. Niewiele ekip naukowych przyjeżdża do tego kraju. Wszyscy wolą kopać w Egipcie, gdzie znaleziska są bardziej spektakularne i gdzie można na nich zarobić duże pieniądze.

Na kolację poszliśmy tam gdzie poprzedniego wieczora. Może to świadomość, że pół wyprawy mamy za sobą sprawiła, że nie mieliśmy jakoś nastroju do zabawy i szybko rozeszliśmy się po pokojach.

 

Dzień13

26.01.2004

Rankiem wylecieliśmy z Axum do Lalibeli. Tym razem samolot najpierw poleciał do Gonder. Pilot znacznie podniósł nasz poziom adrenaliny lądując na jednym kole. W Lalibeli poszło mu znacznie lepiej- uffffff. Lotnisko w Lalibeli znajduje się 36 km za miastem. Zakwaterowani zostaliśmy w nowo wybudowanych bungalowach o przyzwoitym standardzie położonych trochę na uboczu

Od razu ruszyliśmy w miasto by poznać jego zabytki. Lalibela to miejscowość licząca ok. 6 tys. mieszkańców położona na wyżynie Lasta 2630 m.n.p.m. To najważniejszy ośrodek sakralny Etiopii.  Znajduje się tam zespół 11 wykutych w granitowych skałach kościołów (XII-XIII w). Dawną nazwę miasta (Roha) zmieniono na cześć króla Lalibeli z dynastii Zagwe.

wykute w litej skale
wykute w litej skale

Król Lalibela zasłynął dzięki misji otrzymanej w XII wieku od samego Boga, aby na ziemi odtworzyć skalną Jerozolimę. Po znalezieniu odpowiedniego miejsca sprowadzono najznamienitszych artystów z całego kraju. Powiadają, że nocami w budowie pomagały anioły, gdyż nawet 40 000 osób zatrudnionych do wykucia świątyń w litej skale, nie podołałoby temu zadaniu, bez boskiej pomocy.

Kościoły powstawały przez wycinanie gigantycznych rowów wokół bloków skalnych, aż do całkowitego oddzielenia ich od góry; usuwano niepotrzebną masę skalną i wykuwano zewnętrzną bryłę kościoła z kopułami, oknami, portykami itp.; wydrążano wnętrza z pozostawieniem kolumn, filarów, łuków i detali rzeźbiarskich. Rzuty wielu kościołów, okna, inne otwory, motywy zdobnicze mają kształt krzyża, przeważnie greckiego lub tzw. krzyża Lalibeli. Symbolika krzyża Lalibeli jest całkiem inna niż my katolicy zwykliśmy wiązać z symbolem krzyża. Krzyż Lalibeli pojawił się wiele wieków przed narodzeniem Chrystusa i jest symbolem rajskiego życia a nie męczeńskiej śmierci. W jego kształcie dopatrzeć się można zarysów drzewa rajskiego, rajskich ptaków i ramion Adama. Istnieją legendy mówiące o tym, ze to właśnie na terenie dzisiejszej Etiopii istniał biblijny Eden.

Zwiedzanie tego kompleksu to frapujące zajęcie. Pełno tam przejść ciasnymi , ciemnymi, podziemnymi tunelami. W wielu miejscach schody stanowią nie lada wyzwanie; wąziutkie, wyślizgane stopami pielgrzymów i niebotycznie wysokie.

Jeden z kościołów w Lalibel

Po zwiedzaniu kościołów należało obejrzeć dokładniej samo miasto. Nie wiem czy nazwa „miasto” tu pasuje. To raczej wielka wieś.

Lalibel

Spacer pomiędzy zabudowaniami dał nam okazję do obserwowania codziennych zajęć tutejszej ludności. Domy służą wyłącznie do spania, wszystkie inne czynności; pranie, mycie, gotowanie, wykonuje się przed domem.

 Mieszkańcy Lalibel

Znużeni upałem zatrzymaliśmy się w lokalnej knajpce na lampkę tegu. Ale miejsce! Trzeba mieć odwagę albo być niespełna rozumu, by w takim „klubie osiedlowym” pić lub jeść. W następnym, nie lepszym od poprzedniego miejscu wypiliśmy jeszcze jeden teg, a później jeszcze jeden…i jeszcze jeden…i przestał nam już prawie przeszkadzać niski poziom higieny. Z resztą co tu mówic o higienie gdy wokół tyle kurzu.

ulica Lalibel
ulica Lalibel

Kolację zjedliśmy u Sofi. To ciekawa postać. Jako młódka wyjechała do Europy na studia artystyczne. Mieszkała we Włoszech i Francji. Wyszła za mąż za Francuza. Postanowiła jednak wrócić do swojego kraju. Wybudowała w Lalibeli restauracyjkę i mały hotelik. Teraz z myślą o turystach  buduje większy i bardziej luksusowy. Daje zatrudnienie całej czeredzie miejscowych, dzięki czemu wiele rodzin ma jakiekolwiek źródło utrzymania. U Sofi podają najlepszą w Etiopii pizzę więc tym razem nie injera lecz właśnie pizza wjechała na kolacyjny stół. Szczerze mówiąc nic specjalnego; bez oregano i z minimalną  ilością sera. No cóż, na pizzę należy jeździć do Neapolu albo do Łomianek:-)  Po wieczornym odkażaniu za pomocą whisky spało się dobrze ale krótko (niestety) bo następny dzień mieliśmy rozpocząć o godz. 4.30.

 

Dzień 14

27.01.2004

Jako wytrawni podróżnicy, badacze przyrody i zwyczajów ludności tubylczej, gotowi byliśmy na pełne poświęcenie i wiele niedogodności. Zerwaliśmy się wiec długo przed świtem aby nie uronić nic z odbywających się w tym dniu uroczystości w kościele św. Jerzego.

Daniel - nasz przewodnik
Daniel – nasz przewodnik

Naszym przewodnikiem i opiekunem w Lalibeli był młodziutki 14-to letni chłopiec.

Historia jego życia jest bardzo smutna. Jest najstarszy spośród licznego rodzeństwa. Gdy miał 9 lat jego ojciec zostawił rodzinę i słuch po nim zaginął. Gdy miał 10 lat zmarła jego mama. Daniel przejął opiekę nad rodzeństwem. Przestał chodzić do szkoły, zaczął pracować by wyżywić gromadkę. Najmował się do wszelkich prac jakie mu zaoferowano a w wolnych chwilach, dzięki pomocy swojej byłej nauczycielki uzupełniał wykształcenie. Uczył się języka angielskiego i historii swojego kraju bo marzył o pracy przewodnika. Od turystów uczył się podstawowych zwrotów w ich językach, po polsku też.  Nie było mu łatwo zdobywać grupy turystów bo starsi koledzy po fachu byli mu bardzo nieprzychylni. Na szczęście organizatorzy wycieczek którzy mieli okazję poznać Daniela bardzo cenili jego pracowitość, dużą wiedzę i uczynność. Jeden drugiemu przekazywali informacje o najsympatyczniejszym i odpowiedzialnym przewodniku. Wyglądało na to, że złe lata Daniel i jego rodzeństwo mają już za sobą. Niestety… W rok po naszym pobycie dostaliśmy wiadomość od organizatora naszej wyprawy, że jakiś tam minister etiopskiego rządu wydał zarządzenie, że aby wykonywać pracę przewodnika trzeba zdać egzamin, zdobyć licencję i …mieć minimum 21 lat:-(((

I tak to rodzina Daniela została pozbawiona środków do życia. Protesty i petycje ludzi i organizacji turystycznych z całego świata w obronie Daniela na nic się zdały. Prośby o uczynienie wyjątku dla ratowania tej rodziny pozostały bez echa…

…ale wracajmy do uroczystości w kościele św. Jerzego. Dzięki temu, że mieliśmy latarki, udało się nam trafić na miejsce. Lalibela jest nieoświetlona. W kościele uroczystości już się zaczęły.

kaplani-dobosze
kapłani-dobosze

Wewnątrz kilku kapłanów czytało biblię i śpiewało w dawno już dla nikogo nieznanym języku. Na zewnątrz inna grupa śpiewała i tańczyła przy dźwiękach ogromnych bębnów.

Nieliczna początkowo garstka wiernych stała lub siedziała na schodach świątyni, niektórzy spali wprost na skalnej posadzce. W przerwach między kolejnymi wejściami bębnów kapłani-dobosze drzemali wsparci o instrumenty. (zd.12d+13d)

Dzień wstawał szybko i szybko też teren wokół kościoła zapełniał się nowymi przybyszami. (zd.14d+15d) Msze w obrządku koptyjskim wyglądają zupełnie inaczej niż nasze, są przede wszystkim niemożebnie długie. Wierni są wyłącznie niemymi światkami obrządków, nie odmawiają wspólnie modlitw, nie śpiewają z kapłanami. Około godz.8.30 msza nabrała tempa, żywiej zadudniły bębny, w rytm których zgromadzeni ludzie klaskali i przytupywali. Później barwna procesja wyszła z murów kościoła i z Arką na czele udała się do specjalnie przygotowanego namiotu. Tam odbywała się dalsza część uroczystości.

Uroczystości w kościele św. Jerzego

My ruszyliśmy natomiast w stronę najbliższej restauracji na śniadanko (do wyboru: jajka, omlety i jajecznica).

Koło południa odlecieliśmy z Lalibeli do Addis Abeby zamykając historyczny odcinek naszej wędrówki po Etiopii.

Tym razem zamieszkaliśmy w bardzo eleganckim hotelu w bardzo eleganckiej części miasta. Na  chodniku przed hotelem salutując witał gości boy hotelowy, w drzwiach usługiwał odźwierny. Po południu pospacerowaliśmy trochę po najbliższej okolicy i wstąpiliśmy do sklepu by uzupełnić zapasy środków czystości dla nas i słodyczy dla etiopskich dzieci. Kolację zjedliśmy w hotelu. Było bardzo elegancko, obsługiwało nas kilku kelnerów, stół był nakryty prawie czystym obrusem a nie ceratą, na stole stały kwiaty. Jedzenie niezłe ale jak wszędzie w tym kraju nie zachwycające. Oni po prostu nie potrafią przyprawić jak trzeba. Nie stosują ziół, solą bardzo oszczędnie więc wszystko jest nijakie.