OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mochty – o płaczącej wierzbie i zaklętym Smoku

(bajęda historyczno-mityczno-mistyczna)

Arkadiusz Szaraniec

Zakroczym leży na wysokim brzegu Wisły. Przeciwległy jest niski, chroniony wałami, przeto był często zalewany przez kapryśną królową polskich rzek. Starosta zakroczymski na sejmach w czasach Złotej Rzeczpospolitej co rok referował co komu Wisła zabrała, a gdzie i komu przydała – a były to nieliche kawały ziemi.
Nikt nie znał dnia ani godziny przy wiosennych powodziach, a kiedy szła kra to każdy zanosił nowenny – tak to rządziła Pani Wisła przez wieki. Co z tego, że ślizgały się po niej dziesiątkami pakowne galary, szkuty, komięgi, baty i barkasy, tudzież wielgachne tratwy, a na każdy jarmark zakroczymski byle kmiotek przybywał wypchanym po wręby czym ta miał drewnianym czółnem, którego burty ledwie na piędź nad wodę wystawały. A rybitwy, na kępach chętnie zamieszkujący, przynosili całe połcie suszonego jesiotra i łososia a zaraz je na sól mieniali, na kute harpuny, nowe sieci, garnki gliniane aż z Iłży, kożuchy z Litwy.
A Zakroczym stał i dumnie patrzył na ten wartki ruch na wodzie i ziemi, pewien swej pozycji i przyszłości, skoro przeszłość była tak bogata i znaczna. Przecz o małe ździebełko nie został stolicą – padło w końcu na Warszawę, też gród na wysokiej skarpie, ale wahano się pomiędzy kilkoma, i myślały głowy kanclerzy czy aby nie szumny Płock, gdzie królów chowano, abo też sławetny Czerwińsk, gdzie Jagiełło wojska swe pod Grunwald zdążając przez most pontonowy kunsztowny bardzo przeprawił chyżo, czy właśnie Zakroczym, gdzie z dawien dawna traktaty, jeszcze z Krzyżakami ustalano, a i poselstwa cudzoziemskie zawsze stawały na popas.
Gościli owi posłowie w okazałym dworze królewskim, nie raz, nie dwa pohulali dostojni goście w karczmach (a i do zamtuza zawitali, bo na Solnej dwa takie przybytki dobrze prosperowały) a rankiem formowali grzeczny (czyli pokaźny, bo tak drzewiej gadano) orszak i miejscem starodawnym przeprawiali się przez Wisłę na drugi brzeg i stamtąd z honorami prowadzeni, podążali do wrót Zamku Królewskiego, takoż na skarpie wiślanej postawionego.
Nie czekał na polskie saluty powitalne Carolus Gustavus Rex, kiedy to swoje oddziały mostem rzuconym przez Wisłę przeprawiał. Mistrz Dahlberg uwiecznił ową scenę, a nie żałował rylca i takoż naszkicował siedm pagórków, na jakich in modo Rzymu – Wiecznego Miasta sam Zakroczym jest położony. Nie każdy to zoczy, uważnego oka i bystrego umysłu to wymaga.
A pomiędzy tymiż pagórkami parowy biegną. W samym Zakroczymiu akuratnie nimi drogi poprowadzono, najsampierw ledwie bite, potem dylami wykładano, a finalnie brukiem z kamieni rzecznych. Wyboistym, ale trwałym. Takich to rowów na wysokim brzegu Wisły pełno jest. Czasem jako schronienie, szczególnie to mocno zarośnięte, służyły – dla ludzi i bydląt, kiedy Jadźwingowie i Pieczyngowie radzi napadali Mazowsze, pustosząc je nieraz bez litości. Czego nie zabrali to spalili, co się tylko dało w perzynę obrócili.

Jeden taki podjazd Pieczyngów udało się miejscowym w pole wyprowadzić, na rozległe, niby równe a podmokłe, szerokie ługi zwabić i tam go częścią wyrżnąć w pień, częścią w plen wziąć – osadzano ich potem na surowym korzeniu, ale w środku lasów, aby nie zbiegli. A samo miejsce potrzeby Pieczoługi zwać zaczęli i tak już zostało.
Już na Duchowiźnie, tuż przy Zakroczymiu, gdzie piękne kępy i łachy widać pośrodku nurtu, takoż są wysokie a parowy takowe głębokie. Sto lat temu parostatki tu przybijały, a pływająca przystań z gospodą na pokładzie, jakich wtedy wiele na całej Wiśle było, dzień i noc podróżnych przyjmowała. Teraz tylko jedna ocalała, wygląda jako żywo jak dworek, tylko że na wodzie postawiony, a niszczeje opuszczona, w stanie opłakanym zacumowana przy brzegu w warszawskim Porcie Praskim. Może odżyje? Do takiej to właśnie przystani pukał nocą sam Imć Gloger, kiedy ruszył na swoją wyprawę wodną drogą Wisły (a potem Narwi i Biebrzy, co opisał skrupulatnie jako kronikarz z krwi i kości), ale nie znalazł dobrej gościny.

 

Ale wracajmy na brzeg zakroczymski – otóż parowy owe woda wyżłobiła, często też strumień nie lada jaki dołem ciecze. Wiele ich jest, tworzą i okalają pagórki okoliczne, a wszystkie do Wisły zmierzają. Jeden z nich – za Duchowizną jeszcze, w miejscu gdzie teraz mała osada Mochty i stara cegielnia  stoi z wysokim kominem – nie tylko stromy, ale długi i kręty jest. Płynie nim rzeczułka mała, Strugą zwana, roztoka niby mała, ale wiosną i jesienią całe drzewa z koronami i korzeniami potrafi wyrywać i nosić, z obfitego źródła idąca, przy byle deszczu tyle z boków tyle posiłków dostaje, że pieni się i żółcią tryska od piasku zrywanego ze zboczy. Rzekłbyś wtedy, że to paszcza smoka!
Kto uda się ścieżką wiodącą samym brzegiem parowu w górę Strugi trafi na śródleśne jezioro, małe ale głębokie i ciche. Czuwają nad jego ciszą i spokojem wysokie, rozłożyste drzewa, takoż wiekowe, grube dęby. Pochylają się lekko i patrzą na swe odbicia w ciemnej tafli wody. Czasem tylko ni stąd, ni zowąd wiatr, podmuch zabłąkany zawiruje i pomarszczy zwierciadło, drobny deszcz posieka, ale już po chwili zapada ta sama cisza i spokój, pełen cienia nawet w upalny i jasny, letni dzień.
Pomiędzy tymi wysokim, strzelistymi, ciemnymi drzewami jedno jest zupełnie inne – to samotna, jedna jedyna tutaj wierzba płacząca, na samym brzegu, tuż nad taflą jeziora rośnie i tak pochylona zwiesza aż do wody swe miękkie, zielone warkocze. Skąd się tutaj wzięła? Nikt z miejscowych nie odpowie na to pytanie, bo brzegi jeziorka są bezludne, najbliższe zabudowania są dość daleko stąd, tak na pianie koguta. Zresztą jak pytać konkretnego wieśniaka skąd i dlaczego rośnie tu sobie jakieś drzewko? Popatrzyłby tylko spode łba na miastowego i tylko wzruszył ramionami. A co by pomyślał to już lepiej nie wnikać.
Ale odpowiedź przyszła „sama”. Bo zwykle tak się dzieje, że jeśli czegoś szukamy, to po jakimś czasie, ale w najmniej spodziewanym momencie pojawia się to, za czym tak się uganiamy i tajemnica rozwiązuje się w oka mgnieniu. Trzeba tylko połączyć w jedno  wszystkie pozornie oderwane elementy, które tak naprawdę zawsze tworzyły całość, ale my patrzyliśmy na nią niewidzącym wzrokiem. I owo coś nieodgadnione staje nam przed oczami jako coś jasnego i oczywistego.
A więc te siedem wzgórz na jakich leży od zawsze Zakroczym, które tak od razu zoczył i wyrysował Dahlberg – to wcale nie jest przypadek. Jeśli uważny obserwator popatrzy na mapę, połączy te punkty w całość (a każdy jest wyznaczony specjalnie usypanym kurhanem jeszcze przez praszczurów naszych za czasów głębokiego neolitu) to otrzymuje jasny obraz – tak, toż to Wielka Niedźwiedzica! Gwiazdozbiór najbardziej widoczny, z najjaśniejszą na firmamencie gwiazdą Północy i tak przydatny dla myśliwych, błąkających się po bezkresnych lasach i rybaków, którzy po gwiazdach czytali kierunek i porę nocy.
Nasze mazowieckie Stonehenge? Zakroczymski płaskowyż Nazca? Miejsce kultu,  „środek świata” dla tamtych ludzi sprzed tysięcy lat, tak bezradnych wobec potęgi natury, bezkresu kosmosu, bezmiaru lasów, wód potężnych, biegnących znikąd do nikąd, a gór wysokich a znikających w morzu słonym, z którego przybywali przeróżni obcy? Gdzież go szukać jak nie nad Wisłą, nad którą w Krakowie czakram, jeden z siedmiu na świecie, drogą jedyną przez setki i tysiąclecia?

 

Oddychali z ulgą na widok tego wysokiego brzegu z siedmioma pagórkami mieszkańcy powracający z długich wypraw i ci podążający szlakiem bursztynowym z południa Europy na jej północ, a takoż kupcy zmierzający ze wschodu na zachód, szlakiem jedwabnym, z mirrą, kadzidłem i droższymi od złota korzeniami.
A co ma do tego Struga, jej parów głęboki i to niezwykłe, śródleśne, utopione wśród drzew jeziorko? Ano wiele, tajemniczy krąg siły obejmował siedem wzgórz, ale tuż za jego granicą hulały ciemne siły, które można było przebłagać, ale zwykle na krótko. Dlatego nikt tam się nie osiedlił. Kto się na to zdecydował, zaraz marnie kończył. Nawet kiedy przez wieki całe, tuż obok na Duchowiźnie, zatrzymywały się najpierw rozliczne galary, baty, tratwy, panował gwar, a potem była przystań z prawdziwego zdarzenia i cumowały do niej parostatki hrabiego Zamoyskiego – to nad samą Strugą było pusto… Byli nieliczni śmiałkowie, którzy próbowali to miejsce objąć w posiadanie, ale zwykle to się dla nich kończyło źle i mizerne resztki po nich pozostawały, i zaraz potem znowu wracała ta sama cisza i pustka co zawsze.
Może nie wszystkie dawne bóstwa i boginki. Prasłowiańskie i wcześniejsze odeszły na zawsze, nie wszystkie święte gaje wycięto…Pono w tym miejscu oddawano cześć bożkom wody, burzy, piorunów, tych sił, które zagrażały mieszkańcom i przybyszom. Ciskano w głęboki parów rybę, kościany grot, łuskę jesiotra, pazur niedźwiedzia, szczękę wydry, sztylet z rogu jelenia czy renifera, srebrną zapinkę, kawałek bursztynu – na przebłaganie.

Kiedyś nawet złożono ofiarę z młodej dziewczyny o długich jasnych włosach. Wyrosła tam potem, nie wiadomo jakim sposobem, bo w pobliżu nie ma wcale takich drzew, jedna samotna, wiotka wierzba płacząca. Kiedy rosła, rosła i w końcu padała ze starości, zaraz na jej miejscu pojawiała się następna – ale zawsze tylko jedna jedyna.

Razu pewnego przybiła do brzegu, u bram parowu Strugi długa łódź – drakkar normańskich wojowników i kupców. Płynęli do swego legendarnego miasta Truso, słynącego z kunsztownych srebrnych ozdób i wyrobów z bursztynu, a wracali z dalekiej wyprawy aż na Ruś, do Nowogrodu Wielkiego, do swoich pobratymców Rurykowiczów, a byli też nawet hen, w dalekim Bizancjum.Wikingowie rozbili obóz przy Strudze, jak zwykle poza zwyczajowym miejscem tarży (i na otwartym brzegu, aby uniknąć podstępnego, nagłego ataku) i prowadzili handel z miejscowymi. Ich przywódca, Eryk o białej grzywie, twarzy spalonej wiatrem wielu mórz i słońcem Południa rychło się zorientował z czym ma do czynienia. Namówił jednego śmielszego otroka i ten pokazał mu cały parów, opowiedział jakie Złe tu zaklęte siedzi.

Chmurny Wiking wrócił na okręt i pomimo sprzeciwu załogi wziął na obiatę drewniany, okuty brązem święty smoczy łeb, zakładany na dziobie smukłego okrętu tylko na wojenne wypady, noszący wiele śladów ognia, blizn od strzał i oszczepów oraz wylewanej nań krwi baranów. I cisnął ten smoczy łeb prosto w odmęty Strugi, na samo dno parowu. Ale dzięki temu odpłynęli cało. Od tej pory miejscowi zaczęli zwać tę część Strugi, zamieniającą się w jezioro – Smokiem i tak już pozostało do dziś…

 

Pamiętaj więc, wędrowcze – jeśli chcesz zobaczyć ten parów, strugę i jeziorko Smok, to przybywaj, ale bacznie zważaj, gdzie stawiasz stopy i kierujesz swoje kroki. Ścieżka jest wąska, łacno pośliznąć się na niej i wpaść do głębokiego jaru. Ciemna, zielona czeluść, którą nakrywa baldachim koron wysokich drzew, pełna jest śpiewu ptaków i szeptu wody. Kusi ona nierozważnych i niedoświadczonych, bo trudno brodzić po gęsto porośniętych brzegach strugi. Pięknie tu jest, lecz pamiętaj – jesteś tu tylko gościem. A kiedy przybywasz tu zimą – ostrożnie stąpaj po lodzie. Może on się wydawać gruby, ale często trzeszczy on znienacka, zupełnie jakby chciał powiedzieć „Zmykaj stąd intruzie” i ni stąd, ni zowąd pęka pod stopami pomimo ostrego mrozu. Nawet wszędobylscy wędkarze, amatorzy łowienia spod lodu rzadko naruszają ciszę i spokój tego miejsca.