trytew (3)

Trytew – legenda o Szalonym Drwalu

Arkadiusz Szaraniec

Od kilku już lat przemierzam region Wideł Trzech Rzek, czyli zbiegu Wisły, Narwi i Wkry (http://www.3rzeki.pl). Tę legendę o miejscu zwanym Trytew opowiedział mi Szymon Bańbura, prawdziwy wodniak z zamiłowania i praktyki, znający Narew i jej okolice jak własną przystań w Topolinie. W ramach autentycznej pasji nie tylko organizuje spływy(często wielodniowe) oraz wyprawy szlakiem Glogera, ale też zbiera wszystkie przekazy na temat swojej „małej ojczyzny”. Kiedy razem przeglądaliśmy mapę Wideł, właściwie o każdym wskazanym punkcie potrafił powiedzieć coś interesującego. Nauczony także wcześniejszym doświadczeniem skwapliwie zapytałem co oznacza owa dziwna nazwa „trytew” i w odpowiedzi usłyszałem co następuje:

 

- Ta okolica, jak każda z wielowiekową historią, ma swoje liczne podania i legendy. Tradycja ludowa zwykle nie przekazuje żadnych dokładnych dat, można je tylko wywnioskować z różnych szczegółów. Trytew – bo takie nosi miano miejsce o jakim mowa – miało kilka znaczeń. Była to droga wiodąca groblą, alibo wałem, a także miejsce przeprawy przez rzekę.

 

W czasach „potopu szwedzkiego”, jak wiadomo, były srogie zimy. Panowały tak potężne mrozy, że drzewa pękały – w końcu Szwedzi przeprawili się do Polski poprzez zamarznięty Bałtyk! To teraz nie do pomyślenia przy tym ociepleniu klimatu. Okoliczna ludność w obawie przed rabunkami i gwałtami (Szwedzi nie oszczędzali nikogo!) chroniła się w lasach i na bagnach, w rozmaitych komyszach i ustroniach. Jedną z takich grup, złożoną z prawie samych kobiet i dzieci, podczas mroźnej nocy prowadził pono jakiś miejscowy szlachcic, który dobrze znał tutejsze przejścia.

 

Była sroga zamieć, zatrzymali się na popas w tym właśnie miejscu. Szlachcic podjął się podsycania ognia, ale sen go zmorzył. Kiedy się ocknął o świcie zobaczył wygasły ogień i wokół niego same trupy, zamarzłych na śmierć swoich bliskich i sąsiadów. Dostał biedak kompletnego pomieszania zmysłów, od tej uciekał od ludzi, wałęsał się po tych lasach, a dniem i nocą rąbał drewno, ile mu tylko starczało sił.

 

Nigdy już nie mógł zaznać spokoju, ledwie kończył, natychmiast się zrywał do dalszej roboty. Nie spał, nie jadł, zarósł, w porwanych łachmanach wyglądał jak diabeł leśny-rokita, albo inne złe licho. Zmarniał od tego bezustannego wysiłku i rozpaczy, przeto rychło którejś zimy zakończył swój żałosny żywot. Znaleziono go zamarzniętego, siedzącego z toporzyskiem w zaciśniętej dłoni, przy maleńkim, wygasłym ognisku, o! tu właśnie, na tej przeprawie, czyli w tym samym miejscu, gdzie przedtem pomarli od mrozu wszyscy jego bliscy i znajomi.

 

Ale nawet po śmierci dusza jego nie zaznała spokoju. Ten stuk budził nieraz ludzi o północy. A niósł się daleko echem po wodzie, szczególnie podczas księżycowych, bezwietrznych nocy. Zimą, zwłaszcza kiedy srogi mróz ścisnął, często widywano błąkające się po brzegach Narwi widmo owego Szalonego Drwala, a za dnia odnajdywano w tych właśnie miejscach tajemnicze tropy na śniegu oraz połamane konary i pnie powalonych drzew. Niektóre z nich nosiły wyraźne ślady, jakby kto na oślep, z rozpaczą zadawał niezliczone ciosy toporem.

 

Nikt z wodniaków nie lubi tu biwakować, bo nie raz i nie dwa zdarzało się, że w nocy budziły ich odgłosy rąbania drewna i padających z trzaskiem drzew. Zrywali się na równe nogi, bo zdawało się, że zaraz, zaraz korona drzewa zwali im się prosto na głowy – wypadają z namiotów, patrzą….a tu cicho, pusto, drzewa stoją jak stały…Tylko słychać było jakby jakieś kroki w oddali i pojękiwania, pokrzykiwania, pohukiwania, postukiwania o pniaki. Może to były i sowy, jakich tu pełno, albo bobry harcowały, jak to mają we zwyczaju, przy tworzeniu swoich żeremi…Kto tam wie…faktem jest, że nikt jakoś się nie kwapi do nocowania w tym miejscu. A i za dnia jakoś nikt za długo tam nie siedzi…

 

Pan Szymon zakończył opowieść i zapatrzył się w dogasające powoli ognisko. To było lato, powoli zapadał już wieczór. Nagle powiało dziwnym chłodem od pobliskiej Narwi. Pożegnałem się, bo już był na mnie czas. Wschodzący powoli księżyc odbijał się w nurtach rzeki. I zimą, i latem odwiedzam te miejsca tylko w południe. Na brzegach leży zawsze wiele powalonych drzew.