OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ZAKROCZYM. Nordic walking? Tu o każdej porze roku!

Arkadiusz Szaraniec

Na tym polega urok regionu Wideł 3 Rzek, że nie sposób się nim znudzić, bo jest tak wielki, różnorodny, a w dodatku o każdej porze roku dostarcza wciąż nowych atrakcji. Te same okolice i szlaki można zwiedzać po wielokroć i za każdym razem przeżywać coś nowego, chociaż w tym samym, już znanym miejscu. Ale NIE TAKIM SAMYM! Wiosna-lato-jesień-zima odmieniają nie tylko temperaturę i krajobraz, dostarczają sobie tylko charakterystycznych obrazów-emocji-wzruszeń.

Zwolennicy niektórych form podróżowania są niejako skazani na określone sezony – kajakarze rzadko zdobywają się na zimowe rejsy (chociaż zdarzają się i tacy zapaleńcy), narciarze czekają tylko na biały puch. Rowerzyści z gatunku zawziętych wyczynowców mają znacznie szerszą paletę do wyboru – nie przeszkadza im nawet wiosenne błoto i jesienna szaruga, a dość wielu z nich przedsiębierze także zimowe rajdy po przeróżnych wertepach.

Wszyscy oni na terenie Wideł – mając do dyspozycji nurty i brzegi trzech tak różnych rzek, Puszczę Kampinoską oraz jej obrzeża, niezliczone pomniki przyrody i zabytki kultury z wielu wieków, sieć szos, dróg i dróżek – czują się jak ryba w wodzie (albo też jak wędkarz, który może w nurtach Wisły, Narwi i Wkry zapolować na każdą rybę, w tym na rekordowe sumy). Ale zwolennicy nordic walking , czyli długodystansowych spacerów z kijkami, z natury rzeczy odporni na wszelkie zmiany aury i pory roku mają tu prawdziwy raj – tereny o niezwykłej urodzie i różnorodności, a w dodatku zmieniające się jak w kalejdoskopie.

Przykładem takiego mini szlaku, który może zaprezentować w pełni wspomnianą zaletę „wielu atrakcji w jednym” jest okolica jeziorka Smok. Wielokrotnie pokonywałem odcinek od starej cegielni Mochty do mostka na tamie, która tworzy ten zbiornik u szczytu głębokiego jaru biegnącego do pobliskiej Wisły, a także krążyłem po okolicznych parowach. Są znacznie piękniejsze od tych przereklamowanych i rozdeptanych w osławionym Kazimierzu Dolnym.

Początek tego nieoznaczonego jeszcze szlaku to owa stara cegielnia z charakterystycznym wysokim kominem. Jest położona na wysokim brzegu wiślanym. To jeden z najpiękniejszych punktów widokowych na całym Mazowszu. I w Polsce. Wisła tu płynie szeroko, na jej nurcie widnieją wielkie wyspy, kępy i łachy. Krajobraz wciąż się tu zmienia. Jak na pobliskich „trzech piątkach” (555 kilometrze Wisły) wschód i zachód słońca rozświetla powierzchnię wody i całą przestrzeń, bo „królowa” raczy tu płynąć równoleżnikowo. Ale za każdym razem jest tu inaczej – czy są to wiosenne rozlewiska, czy upalne lato odsłania wielkie płaszczyzny jasnego piachu, czy czerwcowa „janówka” podnosi nurty i zatapia wszystko, czy jesień złoci liczne drzewa i krzewy, czy też woda niesie połacie kry, szorującej z trzaskiem o podnóża wysokiego urwiska.

A ten punkt z panoramą na Wisłę  stanowi zaledwie początek wycieczki. Dość wąska droga biegnie coraz głębszym parowem w dół, prowadzi wędrowca na brzeg strugi (ledwie szemrzącej latem, drapieżnej i potężnej przy opadach i roztopach). Stoi tu tylko jedno gospodarstwo, wyraźnie dostosowane do nagłych wylewów i wysokiej wody. Droga dalej nagle skręca i zamienia się w dróżkę, która brzegiem głębokiego parowu z płynącym w jego dole strumieniem dowiedzie na sam brzeg Smoka. Idąc na wprost wchodzi się w inne wąwozy.

W lecie zielony, splątany gąszcz potężnych drzew – dębów i topoli, bujnych drzewek, gęstwiny krzaków, traw pozwala tylko usłyszeć szum płynącej wody. Można się przebić przez ścianę zieleni i zejść do samego strumienia, ale tam upartego wędrowca czeka przedzieranie się przez mokre i sterczące zewsząd gałęzie, przechodzenie przez liczne, powalone drzewa. Istna dżungla. Słońce przebija się w ten półmrok, w pojedynczych słupach i plamach jego światła wirują maleńkie owady – mnóstwo tu też ptaków, ważek, motyli. Ostatniego lata widziałem tu tropikalnie ubarwioną, bardzo w Polsce rzadką żołnę, która żywi się motylami, a gniazda robi w norach czynionych w wysokich, piaszczystych brzegach. Ma tu idealne warunki do życia. Ale na tym nie koniec sensacji ornitologicznych – podczas upalnego lata na szczycie komina w Mochtach przesiadywał młody orzeł cesarski, przybysz z południa Europy.

Jesienią mieni się ta istna dżungla tysiącem odcieni złota, brązu, żółci – liście wirują w powietrzu i opadają na wodę, a na brzegach tworzą gruby, szeleszczący kożuch. Lepiej wrócić na ścieżynkę. Brzegiem strumienia zdołają się przemieścić tylko najbardziej wytrwali. A i sama ścieżka daje trochę w kość, bo pnie się cały czas w górę, krzaki chwytają gałęziami za ramiona, a komary atakują ze wszystkich stron. Dlatego chętnie tu wracam na jesieni i zimą, kiedy chłód przegania te chmary natrętnych krwiopijców. Ale widok na jeziorko nagradza wszystkie wysiłki i niewygody. Jest ono za każdym razem zupełnie inne. Drzewa przeglądają się w tafli, panuje cisza, którą przerywa tylko śpiew ptaków. Zimą na grubym lodzie pojawiają się wędkarze – mają tu obfite połowy. Towarzyszą im tylko kruki i sroki. Powrót jest także pełen niespodzianek. Jesienią przy dębach, rosnących wzdłuż wąwozów pojawiają się prawdziwki i koźlaki. Zimą odczytywać można na śniegu jakie zwierzę przed chwilą przebiegło drogę – rudel saren, zające czy dziki.

Takich nieznanych jeszcze tras i szlaków jest na terenie Wideł dziesiątki kilometrów. Jest już plan oznakowania i wytyczenia ścieżek turystycznych po labiryncie zakroczymskich wąwozów i parowów – tak, aby udostępnić te skarby, a niczego tam nie zniszczyć.